Ustalmy jedną rzecz. Do pracy iść nie chciałam. Życie jest jednak życiem, jest pokręcone. I nie jest darmowe. Zarabiać trzeba. Bo trzeba też zjeść, ubrać się i dziecko, zapłacić czynsz, prąd, zatankować samochód. I trzeba wyjść do ludzi.
Ustalmy drugą rzecz. 9 miesięcy to mało. A niecałe 9 miesięcy to jeszcze mniej. Mój Skrzacik jest jeszcze tyci-tyci i zostawienie go to dla mnie ogromna strata. I bolączka wielka.
Największy jednak stres budziło we mnie odstawienie Skrzata od piersi na czas pracy. A w moim przypadku jest on nienormowany. Dlatego od grudnia zbierałam mleko. Kupiłam laktator, specjalnie w tym celu. Od wigilii, dzień w dzień, wieczór w wieczór, siadałam przed tv i odciągałam uparcie. W końcu uzbierało się tego tyle, że w szufladzie zamrażarki przestało się mieścić. Ze 3 litry chyba.
Skrzat od stycznia jest wprowadzany na drogę żywienia nie tylko mlecznego, właśnie ze względu na moją pracę. Je śniadanko, obiad i podwieczorek. Reszta to moje mleko. Reszta, czyli kolacja, przekąski, tzw popitka, picie w nocy. Teraz tylko w weekendy prosto z cyca, w tygodniu z butelki.
Kiedy pierwszy raz robiłam Skrzacikowi "pa-pa", w oczach miałam łzy. W torebce pojemniczek na mleko, bo o to się najbardziej rozchodziło. O mleko, o cysia, o "Ci-ci". Założenie było przecież oczywiste - karmię piersią jak najdłużej i nic mi w tym nie przeszkodzi. Skrzat na szczęście je już sporo innych rzeczy, więc głodny nie był.
Pierwszy dzień był okropny. Nie dość, że godziny nienormowane, nie dość, że praca poza miastem zamieszkania, to jeszcze te gorące, bolące i piekące piersi. Odciągałam i wracałam do pracy. I tak kilka razy.
Przez pierwsze kilka dni Skrzat tęsknił za cycem. Miało mu go rekompensować moje zamrożone mleko. I rekompensowało na tyle, na ile mogło. Ale przytulania było mniej, całusków mniej i migdalenia się też mniej. Na szczęście nadal mieliśmy tylko dla siebie ranki i wieczory. Czasami popołudnia. I wtedy Skrzat odbijał sobie moją nieobecność.
Przeżyłam to strasznie emocjonalnie. Świadomość, że moje dziecko chce mleka, a ja jestem daleko, była okropna. A, ze chce - czułam w piersiach.
Po trzech tygodniach laktacja ciut się unormowała. Co ranek Skrzacik przysysa się jak pijawka, oczka mróży i tuli się mocno co cyca. Po południu to samo. W nocy nie odrywałby się wcale.
Nadal odciągam, zbieram i magazynuję mleko. Niestety zapasy się kończą, bo Skrzat pije dwa razy szybciej niż ja je zbierałam. Mleko uzbierane przez dwa miesiące wypił w jeden. Nie wiem czy nie skończy się na mieszance, a przynajmniej na częściowym podawaniu mieszanki i mojego mleka. Chcę tego uniknąć, ale gdy mojego mleczka zabraknie, trzeba będzie się ratować.
Po miesiącu pracy wiem dwie rzeczy. Można karmić piersią w pracy. I robienie kariery, spełnianie się w 100 % - zaznaczam - jako matka, żona, kochanka jest ... nie chce powiedzieć, że niemożliwe, ale praco- i czasochłonne. I ciężkie. A, że dla mnie priorytetem jest rodzina, kariera zostaje z tyłu. Phi! Kariera, raczej "byciejeleniem". Ale ja nie o tym.
Jeśli idziesz do pracy, nie odstawiaj malca od piersi! On teraz będzie twojego cyca pragnął dwa razy bardziej!
Lejdi
Strony
Etykiety
- Am am
- Cycusiowe historie
- Dzidziusiowe historie
- Klub Mam "Aktywna Mama"
- Mamine historie
- Skrzacikowe historie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cycusiowe historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cycusiowe historie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 kwietnia 2015
poniedziałek, 20 października 2014
Nasza droga mleczna
Dzidziuś wczoraj skończył 3 miesiące! Waga już ok. 6,5 kg - szok;). I lekarze na każdej wizycie pytają - tylko na piersi? Tak;) - odpowiadamy z dumą, chociaż początek naszej drogi mlecznej nie był łatwy...
Dzidziuś urodził się w sobotę o 13:35 i gdy tylko zaczął oddychać to został zabrany na intensywną terapię noworodkową. A ja? A ja leżąc jeszcze na porodówce pomyślałam: "No to pięknie, czyli teraz będą go tylko mm karmić i nici z karmienia piersią". Ale nie...
Kilka godzin później, gdy odwiedziłam Dzidziusia w inkubatorze, pielęgniarka, która się nim opiekowała poradziła, abym poszła do położnej i poprosiła o pokazanie jak mam odciągać pokarm ręką i przynosić go do Dzidziusia - chociaż kropelki, ponieważ na początku jest siara - bardzo potrzebna Dzidziusiowi dla zdrowia. I tak zaczęła się nasza mleczna przygoda: pierwsze krople wyciskane ręką i łapane do kieliszka - dosłownie krople: ledwie dno kieliszka zakryte. Ale nie liczy się ilość tylko jakość!
Później (dzięki szczęściu;)) otrzymałam elektryczny laktator szpitalny, dzięki któremu było już łatwiej, ale nadal to były dosłownie mililitry mleczka - 5 ml w ciągu 2 h z obu piersi było sukcesem, ale i tak z dumą zanosiłam każdą ilość na intensywną terapię. Pielęgniarki mówiły: To jeszcze za mało na cały posiłek dziecka, ale będziemy mu dawać strzykawką między posiłkami. I tak do poniedziałku te ilości mleka były małe aż...
W poniedziałek lekarz prowadzący zdecydował o kangurowaniu. Nareszcze mogłam wziąć na ręcę mojego Dzidziusia - trzymałam go początkowo tylko pół godziny, ale to było piękne...
A gdy wróciłam na salę i zaczęłam po raz kolejny odciągać pokarm to... nagle mleko zaczęło tryskać!!! Hormony zaczęły działać po kangurowaniu i od tej pory udawało mi się ściągać dla Dzidziusia prawie wystarczające ilości na posiłek. Przy drugim kangurowaniu położna pomogła mi przystawić Dzidziusia do piersi, który nie chciał jeść, bo... akurat był po karmieniu. Uzgodniłyśmy, że kolejne kangurowanie zrobimy zaraz przed jego posiłkiem i wtedy... Dzidziuś przyssał się bez problemu i jadł;).
Oczywiście nie wszystko było takie kolorowe. Co prawda, Dzidziuś nie miał problemu ze ssaniem, ale za to ja miałam problem z dobrym przystawieniem go. Dopiero znalezienie odpowiedniej pozycji do karmienia (na leżąco) nam pomogło. Do tego przeszłam przez poranione brodawki laktatorem, zastój jednej piersi i leczenie kapustą. Ale w końcu wyszliśmy na prostą i od wyjścia ze szpitala karmienie to już tylko przyjemność;)
Wiele osób, którym opowiada naszą drogę mleczną dziwią się, że Dzidziuś nie miał problemu z ssaniem piersi, ponieważ dopiero w 3 dobie życia, gdy już zdążył posmakować mm z butelki, smoczka, a dopiero na końcu moją pierś to i tak bez problemu wybrał pierś. A problemu z ssaniem piersi nie miał, ponieważ (jak to określiła pielęgniarka zaraz po jego urodzeniu) ma on wielki odruch ssania, który w inkubatorze był zaspokajany smoczkiem. Jeszcze do tej pory Dzidziuś jest smoczkożercą;).
I tak karmimy się tylko piersią do tej pory i jesteśmy z tego dumni i zamierzamy tak robić do min. 6. mż., a później powoli wprowadzać stałe produkty, ale nadal się karmić;)!
Przy okazji polecam przeczytać ciekawy wywiad porównujący mleko matki z mlekiem modyfikowanym: http://dziecisawazne.pl/magda-karpienia-rozmowa-o-mleku-mamy-i-mleku-modyfikowanym/?dest=menu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)