poniedziałek, 24 listopada 2014

Oprócz mleka Dzidziuś je... (o rozszerzaniu diety)



...mleko;). Tak, Dzidziuś kilka dni temu skończył 4 miesiące i nadal pije, je tylko moje mleko. Nie podaje mu żadnych herbatek, nawet wody przegotowanej, a tym bardziej kaszek czy jedzenia. I tak pozostanie do ukończenia 6 mż. Niektórzy się dziwią. Ba, nawet usłyszałam, że jestem złą matką. A ja właśnie robię to dla dobra dziecka, dla jego zdrowia.

Dla tych, którzy mają wątpliwości, dziwią się czemu Dzidziuś jeszcze nic nie pije, ani nie je oprócz mleka, spieszę wyjaśnić:

Według zaleceń światowej organizacji zdrowia (WHO), wg zaleceń szpitala, w którym Dzidziuś się urodził i wg szkoły rodzenia, do której uczęszczaliśmy dziecku do ukończenia 6 mż. powinno być karmione tylko i wyłącznie piersią. 
 "Karmione tylko i wyłącznie piersią" oznacza także niepodawanie nawet wody w upały. Wiem, że to dziwi wiele osób, tym bardziej babcie, bo kiedyś przepajanie dzieci wodą było na porządku dziennym. Teraz nie przepaja się i to nie jest zwykły wymysł, a oparte jest to na badaniach i wiedzy. Mleko matki jest dla dziecka zarówno pokarmem jak i płynem. Jeśli dziecko jest spragnione to częściej ssie mleko. Nie bójmy się: karmiąc piersią na żądanie nie odwodnimy dziecka. Dzidziuś urodził się pod koniec lipca. Po wyjściu ze szpitala zmagaliśmy się z upałami. Był karmiony tylko piersią (jadł co ok. 2-3 h) i się nie odwodnił. Słyszałam też, że gdy niemowlę ma wymioty i biegunkę to mleko matki jest dla niego zbawienne, ponieważ często dziecko nic więcej nie chce pić ani jeść (nawet gdy ma ponad pół roku) i tylko częste karmienie piersią pomaga mu wyjść z choroby, bo to jedyny pokarm, które dziecko w takiej chorobie przyswaja. Tak więc nie bójmy się o odwodnienie organizmu.

Dlaczego tak wzbraniam się przed rozszerzeniem diety Dzidziusia przed ukończeniem 6 mż.? Dlatego, że organizm dziecka, jego przewód pokarmowy, często nie jest gotowy na stałe posiłki przed 6 mż. Czasami nawet organizm nie daje od razu objawów o tym świadczących i mamy myślą, że wszystko jest dobrze, bo dziecko ładnie je. U niektórych dopiero za kilka albo za kilkadziesiąt lat odezwą się skutki wczesnego rozszerzania diety w postaci m.in. częstych biegunek, problemów z jelitem itp. Więc po co ryzykować? Dzidziuś pięknie przybiera na wadze (ponad normę), więc na zabiedzonego nie wygląda;).

Dodatkowo mówi się o tym, że dziecko musi sygnalizować gotowość do rozpoczęcia rozszerzania diety. Jego gotowość polega na tym, że posadzone (zazwyczaj na początku na kolanach) chwyta w ręce pokarmy i wprowadza je do ust, rozdrabnia wałami dziąsłowymi i połyka. Odchodzi się od karmienia butelką (nawet kaszami), wciskania na siłę kolejnych łyżeczek pokarmu. Jeśli chcemy, aby stały posiłek dla dziecka był bezpieczny to nasze dziecko powinno albo samodzielnie już siedzieć albo chociaż siedzieć na kolanach i mieć oparte plecy o rodzica. W końcu my dorośli także nie jemy (albo chociaż nie powinniśmy) leżąc. To samo dotyczy dzieci.

Co jeszcze jest ważne przy rozszerzaniu diety? Przed każdym podaniem pokarmu stałego dziecko powinno zostać nakarmione piersią. A dopiero potem powinno dostać posiłek stały. A nie odwrotnie, ponieważ mleko matki pod koniec 1 r.ż. powinno stanowić 85-95% wszystkich kalorii. Czyli nie zapychamy dzieci jedzeniem, a potem się dziwimy, że dziecko samo odstawiło się od piersi zaraz po ukończeniu pół roku. Do roku rozszerzanie diety polega na poznawaniu, smakowaniu, a nie od razu najadaniu się posiłkami stałymi.

A ile tych posiłków stałych powinno dziecko przyjmować do 1 rż.? Na rzetelnej grupie wsparcia karmienia piersią znalazłam:
7-8m - 0-1 posiłek stały dziennie
9-10m -  1-2 - posiłki stałe dziennie
11-12m - 2-3 posiłki stałe.

Tak więc do rozszerzania diety mamy spokojnie jeszcze 2 miesiące. A do tego czasu będziemy nadal upajać się tylko mlekiem;).

Jeśli nadal Was nie przekonałam to polecam przeczytać artykuł Hafiji na ten temat, ponieważ ona jest bardziej kompetentnym źródłem ode mnie;): Kiedy rozszerzać dietę dziecka...

czwartek, 6 listopada 2014

Testowanie jednorazowych i wielorazowych wkładek laktacyjnych


Gdy pakowałam torbę do szpitala na poród to jedną z wielu rzeczy na liście były wkładki laktacyjne. Gdzieś obiły mi się o uszy wielorazowe wkładki laktacyjne, ale sobie pomyślałam: po co je prać, suszyć jeśli można kupić jednorazowe, a potem je wyrzucić i kupić kolejne.
I tak też było. Od porodu zużyłam już kilka takich paczek wkładek jednorazowych (ponad 3 miesiące). Aż przy kolejnych zakupach w drogerii przypomniałam sobie o możliwości noszenia wielorazowych wkładek. Kupiłam kolejną paczkę jednorazowych (bo w domu było kilka ostatnich wkładek) i powiedziałam sobie: Koniec, to ostatnia paczka jednorazowych. Kolejne będą wielorazowe.
Będąc w kilku sklepach z akcesoriami dziecięcymi nie znalazłam wkładek wielorazowych (jednorazowe były), więc został Internet. I tam trafiłam na wkładki Drogerii ekologicznej "Better Land".

Przed kilkoma dniami otrzymałam paczkę z wkładkami tej firmy. Moja pierwsza reakcja po otwarciu paczki: "Jakie ładne";) - mam wzór Czerwony Hibiskus.

Wypróbowałam już tą parę wkładek laktacyjnych i dzisiaj chciałabym porównać wkładki jednorazowe z wielorazowymi pod względem: sposobu przechowywania, wyglądu, komfortu użytkowania, chłonności oraz, co dla większości najważniejsze, kosztu.

1) Sposób przechowywania:
a) wkładki jednorazowe - zużywamy i wyrzucamy. 
b) wkładki wielorazowe - po użyciu pierzemy i suszymy.
Na metce tych wkładek jest dozwolona temp. 60 stopni.Przed użyciem wyprałam w 40 stopniach, ponieważ akurat prałam kolorowe ubrania, wiec i wkładki do nich dorzuciłam. Po użyciu wyprałam z białymi ciuszkami Dzidziusia w 60 stopniach. Wkładki nadal wyglądają jak nowe, więc mogę je dorzucać do dowolnego prania, co pozwoli mi na ich szybsze pranie, a w konsekwencji na możliwość posiadania ich mniejszej ilości, czyli ograniczy koszty zakupu.
2) Wygląd:
a) wkładki jednorazowe - nic specjalnego, po prostu białej i tyle.
b) wkładki wielorazowe - ich ciekawe wzory cieszą oko, nawet Dzidziuś się zainteresował;)






3) Komfort użytkowania: 
a) wkładki jednorazowe - do tej pory nie narzekałam na ich noszenie, lecz porównując je do wielorazowych to są mniej delikatne dla skóry; posiadają klej, dzięki czemu po pierwszym założeniu nie przemieszczają się w staniku, lecz po kolejnym karmieniu klej już nie trzyma.
b) wkładki wielorazowe - milsze dla skóry, mniej wyczuwalne, niż jednorazowe. Wkładki wielorazowe od razu mogą się przemieścić, ale są większe i lepiej przylegają o skóry, więc uważam, że w efekt jednorazowych po kolejnych karmieniach jest taki sam. 

4) Chłonność: trudno jest mi tu określić chłonność, bo testów nie przeprowadzałam ile szklanek wody pomieszczą :D. Wielorazowe na razie przetestowałam w nocy, czyli wtedy, gdy one są mi najbardziej potrzebne, ponieważ dziecko w nocy je rzadziej niż w dzień. Akurat tej nocy Dzidziuś nie jadł przez 6 h, a moja "mleczarnia: dopominała się już "opróżnienia";). I tutaj jedna wkładka była na swoim miejscu i pochłonęła mleko, zaś druga (która chroniła pierś dłużej czekającą na opróżnienie, ponieważ karmię jednostronnie) niestety nie poradziła sobie z nadmiarem mleka. Myślę, że to nie wina chłonności wkładki, lecz tego, że w nocy się ona przemieściła na bok. Ale wkładki jednorazowe niejednokrotnie nie dawały rady w nocy, chociaż nie karmiłam Dzidziusia tylko ok. 4 godzin i często to nie była wina przemieszczenia, ale przepełnienia wkładek.

5) Koszt -Nasze porównanie zależeć będzie od tego ile czasu chcemy karmić. Dodatkowo jeśli planujemy kolejne dzieci to więcej zaoszczędzimy, ponieważ te same wkładki możemy wykorzystać przy innych pociechach.

Koszt wkładek:
a) wkładki jednorazowe - jedna paczka najtańszych jakie znalazłam w Rossmannie kosztuje 5,99 zł/ 30 szt., czyli na miesiąc potrzebujemy 2 paczek, na 3 miesiące 6 itd.
1 miesiąc: 2 x 5,99 zł = 11,98 zł.
3 miesiące: 6 x 5,99 zł = 35,94 zł
6 miesięcy 12 x 5,99 zł = 71,88 zł
12 miesięcy 24 x 5,99 zł = 143,76 zł
b) wkładki wielorazowe- jedna para kosztuje ok. 10 zł + przesyłka (nie znalazłam w sklepach stacjonarnych wkładek wielorazowych). Moje wkładki kosztują 10,49 zł, a przesyłka w tej drogerii 9,99 zł. Ja robię pranie 2-3 razy w tygodniu, więc wystarczą mi 4 pary wkładek:
10,49 x 4 + 9,99 = 51,95 zł - koszt taki sam bez względu na okres karmienia.

Widzimy, że jeśli chcemy używać wkładek wielorazowych przede wszystkim ze względu na oszczędność to musimy karmić min. pół roku. Według najnowszych zaleceń dzieci powinny być karmione tylko i wyłącznie piersią przez 6 miesięcy, więc myślę, że większość matek karmi te min, pół roku.
Ja planuję karmić minimum rok i chciałabym, aby Dzidziuś miał rodzeństwo, więc u mnie decydując się na wkładki wielorazowe oszczędność będzie na prawdę duża;). Do tego lepszy komfort noszenia, piękne wzory. Jedynie trzeba pamiętać, aby je wrzucać do pralki.

Jeśli moje wkładki się spodobały to zapraszam na zakupy do Drogerii ekologicznej "Better Land", która oprócz wielorazowych wkładek laktacyjnych ma też wiele innych ekologicznych produktów.





środa, 29 października 2014

III spotkanie Mam w Siedlcach - zapraszam


"Kiedy do logopedy?"

Tym razem na spotkaniu dostaniemy odpowiedź na pytanie: Czy już czas odwiedzić gabinet logopedyczny? Zostaną przedstawione normy rozwojowe mowy dzieci w poszczególnym wieku. Będzie można również uzyskać odpowiedź na nurtujące Nas pytania dotyczące rozwoju mowy.
Spotkanie poprowadzi Justyna Lipińska-Pochylska z Prywatnego Gabinet u Logopedycznego Logo-Chatka (http://www.logochatka.pl/, https://www.facebook.com/pages/Logo-Chatka/290413864489115?fref=ts).

W Kawiarni FiliżAnka czeka na Mamy szereg spotkań ze specjalistami, inspirujące pogawędki z innymi Mamami oraz pyszna kawa.

Możecie zabrać ze sobą swoje szkraby, które w czasie spotkana będą mogły bawić się w sali zabaw. A dla mniejszych pociech mamy do dyspozycji przewijak, hamak dla niemowlaka, krzesełko do karmienia oraz kojec dla dzieci pełzających.

Koszt spotkania 15 zł (ilość miejsc ograniczona).
Zapisy do 12 listopada przez e-maila klub.aktywna.mama@gmail.com
lub w Kawiarni FiliżAnka (ul.Kilińskiego 37, Siedlce)

Dodatkowe informacje pozna uzyskać poprzez e-mail: klub.aktywna.mama@gmail.com

Zapraszamy wszystkie obecne oraz przyszłe Mamy!

wtorek, 28 października 2014

Niemowlę przed telewizorem


Będąc jeszcze w ciąży odwiedziłam znajomych, którzy mieli wtedy 2,5-miesięcznego syna. Dziecko z natury było aniołkiem. Gdy byliśmy u nich w odwiedzinach to ani razu nie usłyszeliśmy płaczu dziecka, nawet kwilenia. Podczas naszego pobytu dziecko zostało posadzone do leżaczka-bujaczka i postawione przed telewizorem - wielkim telewizorem w odległości około metra! I tak spędziło w nim ok. 2 h albo i więcej, bo my już wychodziliśmy, a niemowlę nadal siedziało i oglądało. Po powrocie do domu nie mogłam wyjść z szoku i nadal nie mogę: 2,5-miesięczne niemowlę siedziało 2 h przed telewizorem. Na dodatek matka dziecka była cały czas koło niego, czyli mogła się nim zając, np. położyć go na koc i rozmawiając z nami jednocześnie go pilnować. Wtedy myślałam o tym, że nie dba o oczy swojej pociechy i o kręgosłup (leżaczek-bujaczek).

Od tego zdarzenia minęły 4 miesiące, a ja nadal mam w głowie tą sytuację. Matka tego dziecka niedawno była u nas i zdziwiła się, że nasz Dzidziuś nie przepada za leżaczkiem-bujaczkiem tak jej. Jej synek min. godzinę siedzi w leżaczku-bujaczku, gdy ona gotuje obiad i zazwyczaj przy okazji ogląda tv, które także uwielbia. Dzidziuś też lubi patrzeć na ekran telewizora, ale to nie znaczy, że ja mam mu na to pozwalać. Odkąd się urodził Dzidziuś to tv jest włączane zazwyczaj tylko w środy wieczorem, gdy leci TOP CHEF, a dziecko już śpi w swoim łóżeczku w drugim pokoju. Jedynie u dziadków czasami coś obejrzy. Co do leżaczka-bujaczka to dosłownie kilka razy włożyliśmy go na chwilę, aby zobaczyć jego reakcję: wytrzymał w nim kilka, może kilkanaście minut i był ryk, bo Dzidziuś nie należy do dzieci, które posiedzą spokojnie w bezruchu. I bardzo dobrze! To nie jest dla niego zdrowe. Ja też mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, oprócz opieki nad Dzidziusiem, a większość dnia w domu jestem sama z dzieckiem i nie ratuję się wtedy leżaczkiem-bujaczkiem tylko kładę dziecko na kocyk, na którym może swobodnie wymachiwać nogami i rękami. 

Wczoraj wróciłam po raz kolejny do rozmyślań nad tv, gdy na jednym z forum został poruszony ten temat. Dowiedziałam się (i dodatkowo zajrzałam do kilku artykułów), że dzieci do 2 roku życia nie powinny w ogóle oglądać tv i to nie tylko ze względu na wzrok. Większym zagrożeniem jest to, że tv (nawet grające w tle) moze zaburzyć prawidłowy rozwój dziecka, ponieważ je rozprasza. A oglądanie telewizji przez dzieci może wpłynąć na kłopoty ze snem, rozdrażnienie, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do padaczki. Chodzi tutaj o szybko zmieniające się obrazy, do których oko dziecka nie jest przystosowane. Pediatrzy uważają, że regularne oglądanie tv przez najmłodszych może mieć związek z późniejszymi problemami z koncentracją, ze słabszym rozwojem poznawczym czy agresją. 
 
Ostatnio ta znajoma stwierdziła, że my z Mężem rozpieszczamy nasze dziecko, bo ciągle koło niego skaczemy. Może i skaczemy ciągle koło niego, ale wolimy je tak "rozpieszczać", niż sadzać w leżaczku-bujaczku, stawiać przed telewizorem i mieć święty spokój.

A czy w ogóle kilkumiesięcznemu dziecku do szczęścia potrzebny jest telewizor? Oczywiście, że nie, ale jak widać, wielu rodzicom jest potrzebny.


niedziela, 26 października 2014

II spotkanie Mam (Żywność pod lupą) - relacja


Kilka dni temu zorganizowałam II spotkanie Klubu Mam "Aktywna Mama" w Siedlcach.

Spotkanie poprowadziła Mirela - dietetyczka z mobilnej poradni dietetycznej Złap formę, mama 3-letniego Franka. Spotkanie odbyło się pod hasłem "Żywność pod lupą", na którym Mirela podpowiedziała nam na co zwracać uwagę wybierając zdrowe produkty. Mamy dowiedziały się  .in.: jak rozpoznać prawdziwy chleb razowy, co oznacza UHT na mleku czy ile procent tłuszczu powinno zawierać prawdzie masło. Wiedza zdobyta na spotkaniu na pewno się nam przyda w dbaniu o zdrowie naszych pociech oraz całych rodzin.

Na spotkaniu Mam nie zabrakło także dzieci,


pysznej kawy
oraz dobrego humoru;)



Chciałabyś do nas dołączyć? Nic prostszego: śledź terminy naszych kolejnych spotkań na Klub Mam "Aktywna Mama" lub w mojej zakładce albo od razu napisz do nas: klub.aktywna.mama@gmail.com.

W Kawiarni FiliżAnka (Kawiarnia FiliżAnka) czeka na Mamy szereg spotkań ze specjalistami, inspirujące pogawędki z innymi Mamami oraz pyszna kawa. 

Na spotkanie możecie zabrać ze sobą swoje szkraby, które w tym czasie będą mogły bawić się w sali zabaw. A dla mniejszych pociech mamy do dyspozycji przewijak, hamak dla niemowlaka, krzesełko do karmienia oraz kojec dla dzieci pełzających.
 
Koszt spotkania 15zł (ilość miejsc ograniczona).
Zapisy na spotkania przez e-maila klub.aktywna.mama@gmail.com lub w Kawiarni FiliżAnka (ul.Kilińskiego 37, Siedlce)



Zapraszamy wszystkie obecne oraz przyszłe
 Mamy!


piątek, 24 października 2014

Smoczkożerca


Dzidziuś jest Smoczkożercą. A jak to się stało?

Oczywiście w ciąży miało być inaczej... Na początku myślałam, żeby mu wcale nie dawać smoczka, bo widok 2, 3-letnich dzieci ze smoczkiem mnie przerażał. Później, za radą terapeutki niemowląt, która stwierdziła, że dzieciom do 1 roku życia odruch ssania jest potrzebny i dzieci potrzebują wtedy smoczków, stwierdziłam, że jednak mu dam, ale dopiero po 1 mż. Terapeutka niemowląt twierdziła, że każde dziecko ma potrzebę ssania tylko nie każdy smoczek mu odpowiada i czasami trzeba wypróbować kilku lub kilkunastu. Wiele słyszałam o tym, że jeśli da się smoczek przed 1 mż. to może on zaburzyć prawidłowe ssania piersi. W wyprawce Dzidziusia znalazł się smoczek, który otrzymałam na szkoleniu dla kobiet w ciąży. Miałam nadzieję, że Dzidziusiowi on podpasuje i nie będę musiała innego kupować. Wybierając się do szpitala jednak go nie spakowałam do torby tylko zostawiłam go w domu, aby użyć go dopiero po 1 mż.

A jak wyszło? 

Zaraz po urodzeniu Dzidziuś został przewieziony na intensywną terapię noworodkową. Pielęgniarka, która zaczęła się nim opiekować powiedziała Mężowi, że Dzidziuś ma wielki odruch ssania i że przydałby mu się smoczek. Tak więc Mąż pojechał do domu po ten smoczek ze szkolenia. Smoczek od razu spodobał się Dzidziusiowi i był jego pocieszycielem w inkubatorze, a potem już poza nim. 

Czy zaburzył ssanie piersi? Nie. A mógł, tym bardziej, że smoczek otrzymał zaraz po urodzeniu, później butelkę, a dopiero za 2 dni pierś. Ale Dzidziuś ma naprawdę wielki odruch ssania i ssie wszystko co się da;).

Nie będę wymieniać tutaj wszystkich plusów i minusów smoczka, bo o tym możecie przeczytać na wielu innych blogach. Chciałabym tylko napisać, że nam smoczek w większości pomaga: szybko uspokaja Dzidziusia, szczególnie na spacerze, w kościele, przy ubieraniu na dwór (czego nie lubi,a  w szczególnie drażni go czapka), przy zasypianiu, przy przebudzeniu (wystarczy dać na chwilę smoczek, a Dzidziuś z powrotem szybko wraca do krainy snów). Oczywiście, czasami też przeszkadza: np. był czas, gdy Dzidziuś z nim spał i gdy mu wypadł to potrafi się obudzić przez jego brak. Teraz staramy się pilnować, aby Dzidziuś zanim zapadnie w głęboki sen pozbył się smoczka albo gdy zaśnie to mu go delikatnie wyjmujemy i wtedyspokojnie śpi dalej. 

Mamy plan, aby oduczyć go smoczka ok. 1 roku, bo jeszcze wtedy to nie jest takie trudne (podobno trwa 3 dni), bo jednak do przedszkola to ze smoczkiem go nie puścimy;).

A jak jest u Was? Macie smoczkożerców?

poniedziałek, 20 października 2014

Nasza droga mleczna

Dzidziuś wczoraj skończył 3 miesiące! Waga już ok. 6,5 kg - szok;). I lekarze na każdej wizycie pytają - tylko na piersi? Tak;) - odpowiadamy z dumą, chociaż początek naszej drogi mlecznej nie był łatwy...

Dzidziuś urodził się w sobotę o 13:35 i gdy tylko zaczął oddychać to został zabrany na intensywną terapię noworodkową. A ja? A ja leżąc jeszcze na porodówce pomyślałam: "No to pięknie, czyli teraz będą go tylko mm karmić i nici z karmienia piersią". Ale nie...
Kilka godzin później, gdy odwiedziłam Dzidziusia w inkubatorze, pielęgniarka, która się nim opiekowała poradziła, abym poszła do położnej i poprosiła o pokazanie jak mam odciągać pokarm ręką i przynosić go do Dzidziusia - chociaż kropelki, ponieważ na początku jest siara - bardzo potrzebna Dzidziusiowi dla zdrowia. I tak zaczęła się nasza mleczna przygoda: pierwsze krople wyciskane ręką i łapane do kieliszka - dosłownie krople: ledwie dno kieliszka zakryte. Ale nie liczy się ilość tylko jakość! 

Później (dzięki szczęściu;)) otrzymałam elektryczny laktator szpitalny, dzięki któremu było już łatwiej, ale nadal to były dosłownie mililitry mleczka - 5 ml w ciągu 2 h z obu piersi było sukcesem, ale i tak z dumą zanosiłam każdą ilość na intensywną terapię. Pielęgniarki mówiły: To jeszcze za mało na cały posiłek dziecka, ale będziemy mu dawać strzykawką między posiłkami. I tak do poniedziałku te ilości mleka były małe aż...

W poniedziałek lekarz prowadzący zdecydował o kangurowaniu. Nareszcze mogłam wziąć na ręcę mojego Dzidziusia - trzymałam go początkowo tylko pół godziny, ale to było piękne...

A gdy wróciłam na salę i zaczęłam po raz kolejny odciągać pokarm to... nagle mleko zaczęło tryskać!!! Hormony zaczęły działać po kangurowaniu i od tej pory udawało mi się ściągać dla Dzidziusia prawie wystarczające ilości na posiłek. Przy drugim kangurowaniu położna pomogła mi przystawić Dzidziusia do piersi, który nie chciał jeść, bo... akurat był po karmieniu. Uzgodniłyśmy, że kolejne kangurowanie zrobimy zaraz przed jego posiłkiem i wtedy... Dzidziuś przyssał się bez problemu i jadł;). 

 Oczywiście nie wszystko było takie kolorowe. Co prawda, Dzidziuś nie miał problemu ze ssaniem, ale za to ja miałam problem z dobrym przystawieniem go. Dopiero znalezienie odpowiedniej pozycji do karmienia (na leżąco) nam pomogło. Do tego przeszłam przez poranione brodawki laktatorem, zastój jednej piersi i leczenie kapustą. Ale w końcu wyszliśmy na prostą i od wyjścia ze szpitala karmienie to już tylko przyjemność;)

Wiele osób, którym opowiada naszą drogę mleczną dziwią się, że Dzidziuś nie miał problemu z ssaniem piersi, ponieważ dopiero w 3 dobie życia, gdy już zdążył posmakować mm z butelki, smoczka, a dopiero na końcu moją pierś to i tak bez problemu wybrał pierś. A problemu z ssaniem piersi nie miał, ponieważ (jak to określiła pielęgniarka zaraz po jego urodzeniu) ma on wielki odruch ssania, który w inkubatorze był zaspokajany smoczkiem. Jeszcze do tej pory Dzidziuś jest smoczkożercą;).

I tak karmimy się tylko piersią do tej pory i jesteśmy z tego dumni i zamierzamy tak robić do min. 6. mż., a później powoli wprowadzać stałe produkty, ale nadal się karmić;)!

Przy okazji polecam przeczytać ciekawy wywiad porównujący mleko matki z mlekiem modyfikowanym: http://dziecisawazne.pl/magda-karpienia-rozmowa-o-mleku-mamy-i-mleku-modyfikowanym/?dest=menu.

niedziela, 19 października 2014

Długorzęsy niecierpliwiec

Znakiem rozpoznawczym Dziudziusa są... długie rzęsy.

-Widziała Pani Jakie ma długie rzęsy?

- Długorzęsy niecierpliwiec, dobrze, że mama ma Cię tylko jednego;)

- Jakie długie rzęsy, będzie dziewczyny wyrywać na te rzęsy:)

- Jakie on ma rzęsy, po kim?

-A to chłopiec? Ale ma długie rzęsy.





Tak, Dzidziuś ma dłuuuugie rzęsy. A po kim? Po mamusi;). 


A na co u Waszych dzieci inni zwracają największą uwagę?



czwartek, 16 października 2014

Służba zdrowia

Gdy zachodzę z Dzidziusiem do lekarza (szczególnie w jednej z poradni) największą uwagę poświęcają nie Dzidziusiowi, ale oddziałowi NFZ, do którego został zgłoszony. Wiem, że jest to trochę skomplikowane (bo jest zameldowany w woj. lubelskim, mieszka w woj. mazowieckim, a jest zgłoszony do ubezpieczenia w woj. pomorskim), ale jednak da się to pojąć, chociaż każdemu zajmuje to chwilę lub dłuższą chwilę. Poza tym, to nie zadanie lekarza, aby się wdawać w dyskusje, do którego oddziału NFZ można być zgłoszonym, bo jeśli pracodawca tak zgłosił to widocznie można. 

A oto dyskusje na ten temat, które zajmują większość czasu na wizycie lekarskiej:
I wizyta w tej poradni N:
- Jaki oddział NFZ dziecka?
- Chyba 11.
- 11? [pomorskie] A dlaczego? U kogo jest dziecko zgłoszone do ubezpieczenia?
- U męża. 
- A gdzie mąż pracuje?
- W S. [woj. mazowieckie, oddział NFZ 7].
- To  wtedy 7 - tak jak praca.
- Nie, pracodawca może zgłosić wg zameldowania.
- A gdzie dziecko jest zameldowane?
- W woj. lubelskim [3], ale mąż jest w woj. pomorskim.
- To wtedy 3.
- Raczej nie. Ja kiedyś byłam ubezpieczona u męża i miałam 11 wg zameldowania męża, a nie mojego. Niech pani wpisze 11, a mąż dopyta w pracy i na następnej wizycie zgłosi, jeśli okaże się, ze inny.
[Lekarka zostawia puste miejsce na oddział NFZ]
- Żebym ja musiała się takimi sprawami zajmować. To jak ja mam wypisać receptę? Wypiszę na panią.
Po czym lekarka wypisała receptę (nie zapytała mnie o oddział NFZ). Gdy poszłam z receptą do apteki to dopiero zobaczyłam, że na recepcie wpisała oddział 7, a ja należę do 3! Ale co tam, zobaczymy czy mi leki wydadzą... I wydali. To po co komu te numery oddziałów NFZ???

II wizyta w poradni N:
- Na ostatniej wizycie nie wiedzieliśmy jaki oddział NFZ, ale mąż zapytał w pracy i na pewno 11. 
- A czemu 11? Gdzie mąż pracuje?
- W S.
- To powinno być 7.
- Ale jest zgłoszony w 11.
[Lekarka wypisuje receptę na komputerze]
- Jak ja mam receptę wypisać, jeśli w komputerze jest oddział 3? Czemu Pani zgłosiła w rejestracji, że 3? Ja tego nie mogę zmienić - to rejestracja wprowadza oddziały NFZ.
Pielęgniarka: - To ja zadzwonię do informatyka]
- Ja nic nie zgłaszałam, nikt mnie nie pytał o oddział NFZ.
- I jak ja mam teraz receptę wypisać? Mogę to zmienić w komputerze?
[Pielęgniarka dzowni do informatyka, który mówi, że można zmienić oddział NFZ w komputerze.]
- Ja na tej recepcie zmieniłam oddział na 11, ale niech pani zgłosi w rejestracji, że jest zmiana oddziału NFZ.

W rejestracji:
- Chciałabym zgłosić, ze syn jest ubezpieczony w oddziale NFZ 11, a nie w 3.
- Dlaczego? A u kogo dziecko jest zgłoszone?
- U męża.
- A gdzie mąż pracuje?
- W S.
- To powinno być 7.
- Ale mąż jest zgłoszny wg zameldowania w pomorskim - 11.
- A gdzie dziecko jest zameldowane?
- W M.
- To 3 powinna być
- Nie, 11 jest na pewno.
- Ale ja nie mogę tego zmienić w komputerze - oddział NFZ pojawia się automatycznie wg zameldowania dziecka.
[Rejestratorka dzwoni do informatyka...]

Ciekawe jak będzie wyglądać nasza trzecia wizyta w tej poradni. Czy znowu najważniejszy będzie oddział NFZ?



poniedziałek, 13 października 2014

Schab z jabłkami


Macie ochotę na pyszny obiad, ale nie macie czasu stać przy garach? Schab z jabłkami pieczony w rękawie to coś dla Was:).

Składniki (dla 2 osób):
- 6-8 plastrów schabu
- 2 jabłka
- sól, pieprz, majeranek

Plastry schabu nacieramy majerankiem, solą i pieprzem (jeśli karmimy noworodka to pieprz lepiej omińmy). Jabłka obieramy i kroimy na ćwiartki, posypujemy majerankiem. Wszystko wkładamy do rękawa i wlewamy 1 łyżkę osolonej wody. Rękaw wkładamy do naczynia żaroodpornego (nie zamykamy), nakłuwamy. Wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok. godzinę. Po wyjęciu schabu na talerz polewamy go wodą z rękawa. Schab możemy podać z ziemniakami. 
(Przepis zaczerpnięty z bloga: http://delicjematkikarmiacej.blox.pl/2010/02/3-przepisy-w-rekawie.html)
Smacznego!

czwartek, 9 października 2014

Stare ubrania, które cieszą


Z powodu niezbyt dużej szafy, w połowie ciąży zrobiłam remanent w swoich ciuchach. To, w co się już nie mieściłam, zapakowałam w worek próżniowy. Kolejne miesiące i kolejne remanenty, które przyprawiały mnie o przygnębienie - kolejne sukienki, bluzki, spodnie musiałam odłożyć na dno szafy. I tak, moja garderoba pod koniec ciąży bardzo się różniła od tej sprzed jeszcze kilku miesięcy. Nawet swojego wiosennego płaszcza nie mogłam nałożyć, bo się nie dopinałam - musiałam pożyczyć od siostry. W mojej garderobie wszystko stawało się za małe - nawet majtki;). Jedynie skarpetki oraz buty pozostały na swoim miejscu. Inne kobiety w ciąży powiedziałyby, że i tak miałam szczęście móc nosić swoje wszystkie buty, ponieważ do ostatniego dnia wcale nie spuchłam.

Tydzień po porodzie otworzyłam swoją szafę i stwierdziłam, że znowu muszę zrobić remament, ale tym razem w drugą stronę. Wyciągnęłam worki z ubraniami sprzed ciąży i zaczęłam je przeglądać... Za układaniem ubrań nie przepadam, ale te porządki w garderobie było dla mnie wyjątkowe. Nie wiedziałam, ze tak może ucieszyć widok swoich starych ubrań i radość, że w końcu ponownie mogę się w nie wcisnąć:). Z półek zniknęły szerokie, długie bluzki ciążowe, a pojawiły się krótkie i obcisłe. A jakie ubranie najbardziej mnie ucieszyło? Dżinsy - moje ulubione, wygodne dżinsy, w których mogłam dopiąć się bez problemu, a nawet... które były teraz za szerokie. To był dla mnie szok. Zawsze się dziwiłam i podziwiałam zgrabne kobiety, które miały dzieci i powtarzałam: "nie widać, ze urodziły". Po mnie też już tydzień po porodzie nie było widać. Jak to zrobiłam? Nijak. Pierwsze dni po porodzie miałam jeszcze brzuszek. Nawet spotkałam się z pytaniem: "Kiedy Pani rodzi", a ja: "Wczoraj urodziłam":). Ale brzuszek powoli zaczął znikać i wychodząc po tygodniu ze szpitala usłyszałam, że wyglądam jakbym się więcej najadła i tyle. A kolejnego dnia już w domu, gdy stanęłam przed wielkim lustrem to się wystraszyłam swojego wyglądu - kości na wierzchu, nogi chudsze niż przed ciążą, jedynie biust większy, tylko, że podtrzymuje go jedynie skóra i kości:/. 

I chociaż początkowo widok moich bluzek mnie ucieszył to ta radość nie trwała zbyt długo. Tylko niektóre z tych bluzek mogę teraz nosić - większość (w szczególności koszule) nie pomieści mojej "mleczarni". A co ze spodniami? Mama musiała mi je wszystkie zwęzić, bo ze mnie spadają. Wynalazłam swoje spodnie z początku studiów, w które już od kilku lat się nie mieściłam - także musiały zostać zwężone w pasie. Nigdy bym nie pomyślała, że po ciąży będę szczuplejsza, niż przed nią. Ale to zapewne do czasu, gdy skończę karmić piersią. Jak na razie nie mam zamiaru zabierać mleczka Dzidziusiowi, więc figurą "chudej" jeszcze się nacieszę te kilkanaście miesięcy. 




wtorek, 7 października 2014

Ciasteczka owsiane


Kto nie lubi ciastek? Nie znam takiej osoby.  Mamy karmiące też je lubią;). A szczególnie, gdy dopada wilczy apetyt po karmieniu to dobrze mieć coś pod ręką - coś zdrowego i pożywnego, np. owsiane ciasteczka;).

Składniki:
- 1 szklanka płatków owsianych górskich (nie błyskawicznych!)
- 1 szklanka otrębów pszennych lub owsianych
- 1 szklanka mąki (aby ciasteczka były mniej kaloryczne i zdrowsze to zamiast mąki pszennej można użyć innej, np. orkiszowej)
- 3/4 szklanki bakalii i/lub orzechów i innych dodatków (zależy od Waszych preferencji i tolerancji dzidziusiów): żurawiny, suszone morele, rodzynki, suszone śliwki, orzechy włoskie, sezamu, daktyli, wiórków kokosowych, ziaren słonecznika, pestek dyni itp.
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1 jajko
- 1/4 szklanki oliwy z oliwek (ewentualnie olej)
- 1 szklanka soku jabłkowego (dodaję sok prosto z sokowirówki, ale ze półki sklepowej też może być - tylko sok, a nie napój jabłkowy!)

Suche składniki mieszamy w większej misce. Jajko, oliwę i sok mieszamy i dodajemy do suchych składników, dokładnie mieszamy. Układamy na blasze. Pieczemy w nagrzanym do 200 stopni piekarniku ok. 15 minut.

Ciasteczka owsiane super sprawdzają się po karmieniu, podczas spacerów z dzieckiem czy do kawy (oczywiście zbożowej;)).

Opadłam z sił...

Po 1 w nocy, gdy nakarmiłam Dzidziusia, to poczułam ból brzucha - myślałam, że to z głodu, więc na szybko zjadłam kilka ciastek. Także poczułam pragnienie, ale nie mogłam znaleźć butelki z wodą, a byłam bardzo senna i odpuściłam sobie poszukiwania i położyłam się  z powrotem spać. Obudziłam się ok. 4 nad ranem z ogromnym bólem żołądka. Szybko wstałam i zaczęłam szukać Paracetamolu, ale nie mogłam go znaleźć w szufladzie w sypialni i ruszyłam do kuchni... i... po drodze opadłam z sił... Tak mnie brzuch bolał, że aż słabo mi się zrobiło. Udało mi się tylko oprzeć się o kanapę i zaczęłam wołać Męża, żeby się obudził i mi pomógł, bo nie dałam rady wstać. Mąż, na szczęście szybko przybiegł. Ja tylko rzuciłam słowa w stylu, że chce do łazienki, bo zaraz zwymiotuję. Mąż  wziął mnie pod pachy i zaczął prowadzić do łazienki, a ja zaczęłam słabnąć. Pamiętam to tylko jak przez mgłę: on mnie prawie niósł, a ja słaniałam się na nogach i przed oczami mi wirowało. Mąż potem opowiadał, że jak dociągnął mnie do łazienki to ja padłam na posadzkę i oczy mi się rozjeżdżały i jeszcze chwilę to bym zemdlała. W łazience zwymiotowałam i od razu mi ulżyło. Potem mąż położył mnie na kanapie, wziął mi nogi do góry i jakoś wróciłam do żywych. Nie pamiętam, żebym kiedyś czuła się aż tak źle - jeszcze nigdy nie zemdlałam. Chwilę tak poleżałam, ale Dzidziuś zaczął się wybudzać z głodu i z pomocą Męża musiałam wrócić do sypialni i nakarmić Dzidziusia. Mąż przy każdym karmieniu podawał mi Dzidziusia, a ja go tylko karmiłam na leżąco - nie byłam w stanie go utrzymać. Gdy leżałam to czułam się jeszcze w miarę, ale gdy tylko wstawałam to brakowało mi sił. Kolejny dzień przeżyłam z pomocą Męża i mojej mamy. Także Dzidziuś pomógł mi wrócić do formy, bo chyba czuł, że mama jest chora i marudzić nie można;).  To chyba była wirusowa grypa żołądkowa, bo potem zaczęło Męża kręcić. A Dzidziuś, jak to Dzidziuś, trzyma fason i zdrowy jak ryba:). Mówią, że karmienie piersią wzmacnia odporność dzieci - podpisuję się pod tym nogami i rękami (już drugi raz).
 Czy u Was też panuje grypa żołądkowa? Czy karmienie piersią zwiększyło u Waszych maleństw odporność?

piątek, 3 października 2014

Kasza jaglana z bananem

Dzisiejszy wpis piszę jedząc drugie śniadanie. Pierwsze zjadłam ok. 6 :30, gdy Dzidziuś po karmieniu stwierdził, że noc dla niego się skończyła. 

Dziś wypróbowałam przepis z bloga: http://kaszomania.blogspot.com/2014/09/mus-bananowo-jaglany.html  delikatnie go modyfikując.

Kasza jaglana z bananem:

Składniki: 
- 1/4 suchej kaszy jaglanej
- 1 banan
- garść ziaren słonecznika
- ewentualnie 0,5 łyżeczki miodu (na miód należy uważać przy dzieciaczkach)

Kaszę jaglaną przelewamy wrzątkiem. Następnie wrzucamy do garnuszka, zalewamy wrzątkiem (w naszym przypadku 0,5 szklanki: zawsze 2 razy więcej niż kaszy) i gotujemy na małym ogniu ok. 15 minut. Pamiętajmy o tym, aby kaszy jaglanej nie mieszać podczas gotowania (inaczej niż w przypadku kaszy gryczanej). Po ugotowaniu kaszy rozdrabniamy ją w blenderze, dodajemy banana i miód i ponownie blendujemy. Przekładamy do miseczki lub kubka, posypujemy ziarnami słonecznika.

A dlaczego warto jeść kaszę jaglaną? Jest ona najzdrowsza z kasz, chociaż mało kto o tym wie. Ja dowiedziałam się o tym w ciąży (i od tej pory na moim stole pojawiła się kasza jaglana (nigdy wcześniej jej nie jadłam, bo nigdy się spotkałam się z nią w daniach robionych w mojej rodzinie). Moja znajoma dietetyczka Mirela udowadnia, że kasza jaglana jest "królową kasz": http://www.zlap-forme.pl/blog/44-kasza-jaglana-krolowa-kasz.html. Aby uzyskać więcej informacji na temat zdrowej żywności, zapraszam na II spotkanie Klubu Mam "Aktywna Mama", które ja organizuję w Siedlcach. Na tym spotkaniu nasza dietetyczka nauczy nas wybierać zdrowe produkty, aby dbać o zdrowie naszych rodzin, a w szczególności dzieci (sama jest mamą Franka). Szczegóły spotkania Mam:https://www.facebook.com/KlubMamAktywnaMama

Do przepisu dodałam ziarna słonecznika. Ze względu na problemy brzuszkowe Dzidziusia od niedawna unikam nabiału, a wapń muszę skądś czerpać i jednym z jego źródeł są właśnie ziarna słonecznika, o czym dowiedziałam się z zaprzyjaźnionego bloga Be Mam: http://www.bemam.pl/kiedy-nie-mozna-jesc-nabialu-czym-go-zastapic-i-jak-dostarczyc-organizmowi-wapnia/. 

środa, 1 października 2014

Zapiekanka z kaszą gryczaną


Tym wpisem chciałabym zapoczątkować wpisy kulinarne skierowane przede wszystkim do mam karmiących. Przepisy będą zdrowe, pyszne oraz łatwe do zrobienia. Ostatnio lubuję się w kaszach i jako pierwsza będzie KASZA GRYCZANA.

Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, że kasza gryczana jest zdrowa, bo jest i kropka;). Kiedyś nie przepadałam za kaszą gryczaną, ale w ciąży się do niej przekonałam, ponieważ poznałam przepisy, które nadają smak tej kaszy. Teraz przepisy z ciąży odrobinę modyfikuję, aby nie nadwyrężać brzuszka Dzidziusia.

Zapiekanka z kaszą gryczaną (dla 2-3 osób)
Składniki: 

1 szklanka suchej kaszy gryczanej (sypkiej)
2-3 pomidory
1-2 soczyste jabłka
ewentualnie szynka, 1 jajko
 majeranek, sól do smaku

Kaszę płuczemy zimną wodą, następnie wsypujemy do garnka, zalewamy 2 szklankami wrzątku, solimy i gotujemy 15 minut na małym ogniu co jakiś czas mieszając. Po ugotowaniu pozostawiamy kaszę pod przykryciem na min. 20 minut. Kaszę wsypujemy do miski, dodajemy pokrojone pomidory oraz jabłka, doprawiamy solą oraz majerankiem. Ewentualnie dodajemy pokrojoną na małe kawałeczki szynkę oraz jajko. Wszystko mieszamy i wykładamy do naczynia żaroodpornego. Zapiekamy ok. 20 minut w temp. 200 stopni. 


Można przepis rozszerzyć dla pozostałych domowników lub gdy nasze dziecko zacznie tolerować ostrzejsze jedzenie. Można dodać cebulę lub por, paprykę zamiast pomidorów, kiełbasę zamiast szynki oraz przyprawić dodatkowo pieprzem. Przed dodaniem jabłek oraz pora możemy je podsmażyć na patelni przyprawiając majerankiem.

piątek, 19 września 2014

Przeziębienie

Ostatnio panuje fala przeziębień. Zapewne od zmiennej pogody - raz jest ciepło, a na drugi dzień już zimno. Dorośli ludzie nie wiedzą jak się rano ubrać: na spacerach spotykam i tych w kurtkach, i tych w krótkim rękawku. 

I tak i naszą rodzinę dopadło przeziębienie. Najpierw Mąż przyniósł przeziębienie z pracy - tam wszyscy przeziębieni, więc i on. Ale 2-3 dni i po jego chorobie - pomógł przede wszystkim Gripex. Gdy tylko Mąż poczuł się lepiej to ja zaczęłam się gorzej czuć. Wybrałam się więc do apteki z pytaniem co mogę brać przy karmieniu piersią i otrzymałam odpowiedź: "Tylko Paracetamol" i odeszłam załamana. Jak to? Nic więcej? Poza tym po pobycie w szpitalu (po porodzie) odniosłam wrażenie, że Paracetamol to lek na wszystko - "Tylko trzeba wziąć 2 tabletki, bo 1 nie pomoże" - wspominam słowa położnej. Zawróciłam wózkiem do domu z nadzieją, że znajdę lepszą odpowiedź na blogu Hafiji  i się nie myliłam: http://www.hafija.pl/?s=chora. Warto było zainteresować się dobrymi blogami jeszcze w ciąży i dzięki temu teraz, będąc w nagłej potrzebie, od razu wiedziałam gdzie szukać pomocy przy karmieniu piersią i że nie należy do końca wierzyć farmaceutom czy lekarzom. Gdy Mąż wrócił z pracy to wysłałam go z wózkiem na spacer (abym ja mogła się zdrzemnąć) oraz z listą do apteki: maść majerankowa, wapno, syrop Prenalen (jest na nim wyraźnie napisane, że dla kobiet w ciąży i matek karmiących, więc nie rozumiem niewiedzy farmaceutki). Do tego poratowałam się czosnkiem - w ciąży bardzo często przyprawiałam nim potrawy, ale od porodu go nie używałam, bo nie polecają go przy karmieniu. Dzięki zdobytej wiedzy u Hafiji uświadomiłam sobie i Mężowi, że czosnek dla Dzidziusia nie jest zły - jedynie może zmienić smak mleka i dziecko może nie chcieć jeść. Mając nadzieję, że jednak mój Dzidziuś czosnek polubi jak ja to zażyłam tego "naturalnego antybiotyku" i się nie myliłam: później jadł moje mleko jak zwykle ze smakiem:). 

Wczoraj zaczęłam w końcu czuć się lepiej (3 dzień przeziębienia), ale za to Dzidziuś zrobił się blady - temp. 37,2. A oprócz tego nic mu nie dolega - na szczęście, bo nie wyobrażam go sobie z tak zawalonym nosem jak ja miałam. Ciągle mam nadzieję, że te moje mleko go chroni i nic się więcej u niego nie rozwinie. A Mąż na to: "A co można podawać dziecku na przeziębienie?"Nie wiem...

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Spacery

Jak wyszliśmy z synkiem ze szpitala (pod koniec lipca) to były takie upały, że lataliśmy z mężem z wiatrakiem po domu, bo się wytrzymać nie dało. Nam, dorosłym, było ciężko oddychać, a co powiedzieć naszemu maluszkowi. Na spacery mogliśmy się wybrać tylko albo z samego rana (8, 9 rano) albo dopiero wieczorem (od 18). Wtedy w kółko powtarzałam: "Kiedy będzie chłodniej?"

Ostatnie dni zrobiły się takie mroźne, że zaczynam tęsknić do tych upałów. Wczoraj cały dzień padało - jak jesienią. Czekaliśmy ze spacerem licząc na to, ze w końcu przestanie padać. Po 20 się poddaliśmy - jeszcze lekko mżyło, ale już nie było na co czekać: dzidziusia ubraliśmy ciepło (ja sama założyłam już kurtkę jesienną), w wózek i w trasę. 
Dzisiaj, na szczęście, już nie pada. Za chwilę się karmimy i wyjeżdżamy na szosę wózkową;). Jak to dobrze, że moje dziecko lubi świeże powietrze i spacery - tylko poczuje powietrze na buzi to zamyka oczy i za chwilę "dziecka nie ma":). Gdy nie mogę go wziąć na spacer, a on marudzi przy zasypianiu, to wynoszę go na balkon. Tam też, chociaż po dłuższej chwili, zamyka oczy i śpi. Odkąd zaczęliśmy spacerować to nie odpuściliśmy ani dnia - mam nadzieję, że zima będzie łagodna w tym roku i pozwoli nam cieszyć się świeżym powietrzem.

I kolejny raz widzę, że synek jest do mnie podobny w tych spacerach (na razie w wózku). Moi rodzice do tej pory wspominają jak ja (najbardziej z rodzeństwa) uwielbiałam spacery i będąc już kilkulatką wyciągałam rodziców z domu mówiąc "Pójdziemy na spacer?" i tak mi zostało do tej pory;). Kto mnie zna to wie, ze spacery są moim ulubionym sportem, także w ciąży. A teraz mam już swojego osobistego "kompana", z którym będę spacerować i spacerować;).

sobota, 23 sierpnia 2014

I mój synek wybrał, że się urodzi...



Tekst napisany w połowie lipca.

Jestem jeszcze w dwupaku;). Mam jeszcze  tydzień do terminu, ale, jak wiadomo, można urodzić już 2 tygodnie przed terminem, więc od kilku dni "siedzę jak na szpilkach". Są takie chwile, że myślę, że zaraz będę jechać na porodówkę. A za chwilę stwierdzam, że to na pewno dzisiaj nie nastąpi. I tak w kółko...

Już od kilku tygodni sąsiedzi moich rodziców pytają ich, czy już zostali dziadkami. Nie, jeszcze nie!
Kolega mojego męża ze 2 tygodnie temu zapytał go, czy ja jeszcze chodzę - ale się uśmiałam:D. Może nie chodzę tak szybko jak kiedyś, ale bez przesady - chodzę, sama, bez pomocy;). Nawet codziennie robię obiad, coś posprzątam i obowiązkowo spaceruję. W takich momentach przypomina mi się wypowiedź mojego przyszłego szwagra sprzed kilku miesięcy: "Ostatni miesiąc ciąży to już tylko wegetacja". Jestem na ostatniej prostej, ale jeszcze nie wegetuję:). Na dodatek (jeśli maluszek mi na to pozwoli) to pokażę przyszłemu szwagrowi "wegetację" w najbliższą sobotę, gdy ożeni się z moją siostrą. Oczywiście (jeśli wcześniej nie wyląduję na porodówce) wybieram się na wesele i jeszcze ze szwagrem zatańczę. Wesela uwielbiam, ale to będę musiała przeżyć spokojniej (bez szaleńczych tańców). Obawiam się tylko o dzidziusia, czy muzyka weselna przypadnie mu do gustu, czy nie będzie mnie zbytnio kopał. Poza tym uważam, że wesele na tym etapie ciąży nie jest złym pomysłem, ponieważ ja jestem tego najlepszym dowodem: ćwierć wieku temu moja mama tydzień przed terminem (identyczna sytuacja;)) wybrała się na wesele swojego brata. Następnego dnia chciała jeszcze iść na poprawiny, lecz stwierdziła, że lepiej wybrać się na porodówkę. Po 3 godzinach byłam już na świecie, zaś porody mojego rodzeństwa (starszego i młodszego) bardzo się dłużyły. Więc aktywność zaraz przed porodem jest jak najbardziej wskazana;).

Ale, jak wiadomo, wszystko zależy od mojego bobaska. Bo jeśli w ostatniej chwili zdecyduje, że on nie chce iść na wesele to nic na to nie poradzimy i zmienimy kierunek na porodówkę.

I... zmieniliśmy kierunek z wesela na porodówkę. Mój synek urodził się 19 lipca o 13:35, a o o 16:00 był ślub mojej siostry. Aby wdać się w mamusię, zabrakło mu doby - ja się urodziłam także o godz. 13;).

Brzuszek

Tekst napisany 10 lipca.

Budzę się i czuję to wspaniałe uczucie – ktoś wierci się w moim brzuszku.

Przygotowuję jedzenie, włączam blender, a mój mały lokator stwierdza, że te odgłosy mu się nie podobają i kopie mnie coraz mocniej. Aby nie stresować dzidziusia i z głodu nie umrzeć staram się jak najszybciej dokończyć blendowanie.

Przez dłuższy czas mój brzuszek jest w bezruchu i zaczynam się martwić. Kładę rękę na brzuszku i mówię do swojego maleństwa, a po chwili mój brzuszek zaczyna falować. Widać, że moje dziecko słucha swojej mamusi już w brzuszku;).

Siedzę sobie na kanapie, patrzę, a tu mój brzuch zrobił się asymetryczny: prawa strona wygląda jakby z niej uszło powietrze, a za to lewa to wielkie „wybrzuszenie”.
Brzuszki mam zawsze kojarzyły mi się z pępkiem na zewnątrz. Mój pępek w początkowej fazie ciąży się zapadał, robił się jeszcze większy dołek. Zaś później zaczął wychodzić na zewnątrz. Teraz czy jest na zewnątrz czy wewnątrz zależy od humoru mojego maleństwa – gdy leży na środku to pępek jest na zewnątrz, zaś gdy tylko dzidziuś przesunie się w lewą stronę to pępek się zapada.
Na USG okazało się, że dziecko ułożone jest główkowo, ma kręgosłup i pupę w mojej lewej części brzucha, a nóżkami przebiera na środku lub w prawej części brzucha.

Dzidziuś tak potrafi się wiercić, że nagle na chwilę po lewej stronie brzuchu pojawia się „gula”. Ale nigdy nie udało mi się zrobić zdjęcia, bo jak tylko wyciągnę aparat to dzidziuś się chowa – mały spryciarz;). Gdy ostatnio mój mąż zobaczył po raz pierwszy tą „gulę” to powiedział: "Kochanie, co ci się stało?" A ja: „Nic, to tylko nasze dziecko wypina się do nas pupcią:)”.

Kładę się spać, przyjmuję odpowiednią pozycję (co z dużym brzuszkiem nie jest łatwe), już zasypiam, a tu nagle czuję, że mały "czołg" jeździ w moim brzuchu:).

Ostatnio rozłożyliśmy łóżeczko i przewijak obok naszego łóżka. Odstęp nie jest zbyt duży, więc sprawdzam czy będzie mi wygodnie przewijać dziecko i stwierdzam, że miejsca jest na styk, bo ledwo mieszczę się ze swoim brzuszkiem. Dopiero po chwili dociera do mnie, że przecież ja już tego brzuszka mieć nie będę;).

Będę tęsknić za moim „brzuszkowym” wyglądem;).

Jednak nie tęsknię za moim "brzuszkowym" wyglądem, bo bez tych 9 kg nadwagi jest mi o wiele lżej i w końcu mogę spać na plecach, a nawet na brzuchu;). Ale tęsknię za tym, że mój synek był ze mną (a nawet we mnie;)) 24 h na dobę. Teraz, gdy wychodzę bez niego to się zastanawiam co robi, czy śpi, czy nie płacze itp. A w ciąży miałam go cały czas pod kontrolą i wychodziłam wszędzie z nim;).

piątek, 22 sierpnia 2014

Płacz

W pierwszych dniach, gdy maluszek był już ze mną na sali (dopiero od 5. doby jego życia) to ja myślałam, że mam Aniołka, który płacze tylko, gdy chce jeść. A płakał tak donośnie i piskliwie, że, gdy szybko nie dostał mleka to cały oddział o tym wiedział. Gdy wyszliśmy ze szpitala to ten nerwowy płacz się skończył i pojawił się normalny płacz, a nawet kilka jego rodzajów (albo tak było od jego narodzin tylko ja tego wcześniej nie widziałam).

Tak więc cofam moje słowa, że mam Aniołka, który płacze tylko z powodu głodu. Na dzień dzisiejszy (bo synek zaskakuje mnie każdego dnia i już jutro lista powodów może się powiększyć:)) mój dzidziuś płacze, bo chce powiedzieć:
- "mamo, jestem głodny",
- "mamo, najadłem się za bardzo i teraz mnie brzuszek boli",
- "mamo, boli mnie brzuszek, bo zjadłaś coś ostrego" (staram się unikać ostrych potraw, ale "ostry" w rozumieniu maluszka, a moim to znacznie się różni:(),
- "mamo, szybko, bo sikam",
- "mamo, już się zsikałem i przebierz mnie natychmiast, bo ja czuję mokro w tych pampersach (podobno tylko nieliczne dzieci czują mokro w pampersie, ale mój należy właśnie do tej mniejszej grupy i nie wiem czy tu się cieszyć czy płakać i co chwilę zmieniać pampersa, bo po jednym jedzeniu zazwyczaj sika 2 razy, a do tego kupa, która jest zazwyczaj w innym momencie niż siku, więc na pampersy już nie wyrabiamy),
- "mamo, chcę zrobić kupę, ale nie mogę",
- "mamo, zaraz zrobię kupę",
- "mamo, właśnie zrobiłem kupę i przebierz mnie natychmiast"
- "mamo, jest mi za gorąco",
- "mamo, jest mi za zimno",
- "mamo, jest mi niewygodnie",
- "mamo, jestem śpiący, ale nie mogę zasnąć"
- "mamo, gdzie jesteś?"

Podobno każde dziecko ma inny płacz na inny powód. My z mężem do tej pory odróżniamy tylko płacz na jedzenie/smoczek (potrzeba ssania) i na problem z zaśnięciem. Reszty powodów płaczu domyślamy się drogą eliminacji. Miejmy nadzieję, że nadejdzie taki dzień, gdy po samym płaczu będziemy wiedzieć co chce powiedzieć nasz mały człowieczek albo już nadejdzie taka pora, że on sam nam to powie;).