Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzidziusiowe historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzidziusiowe historie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Tort bananowo-kokosowy (bez mleka i bez jajek)


Niedawno Dzidziuś ze Skrzacikiem obchodzili swoje 1. urodziny. Ze względu na alergie Dzidziusia, stanęłam przed wielkim wyzwaniem: zrobić pierwszy raz w życiu tort, na dodatek bez mleka i bez jajek.

Tort bananowo-kokosowy

Składniki na blaty:
300 g cukru
3 duże, bardzo dojrzałe banany
3 łyżeczki sody
szczyptę soli
3 łyżki oleju
360 g mąki
Składniki na masę:
2 puszki dobrze schłodzonego w lodówce (min. 2 dni) mleka kokosowego
Do dekoracji:
wiórki kokosowe, amarantus ekspandowany, czereśnie
Wykonanie:
Banana rozgnieść widelcem lub zblendować, dodać olej i cukier i miksować. Następnie dodać pozostałe składniki i wymieszać. Piec w temperaturze  w 125 stopni ok. 60 minut.
Po wystudzeniu przekroić na 3 blaty.Z puszek wyjąć jedynie twardą część mleka kokosowego i zmiksować je ok. 2 minuty, a następnie tą masą posmarować blaty, wierzch oraz boki tortu. Wierzch tortu posypać wiórkami, boki zaś amarantusem ekspandowanym. Można dodatkowo udekorować czereśniami lub innymi owocami. 
Dzidziuś ma uczulenie na czereśnie, ale z braku pomysłu na inną dekorację użyłam ich, a Dzidziusiowi dałam kawałek tortu bez tych owoców. Dzidziusiowi tak smakował tort, że jeszcze z mojej porcji podkradał;).
Minusem tego tortu jest duża ilość cukru, ale w końcu niecodziennie ma się urodziny;).
Tort dla Dzidziusia powstał w wyniku modyfikowacji 2 przepisów:
http://www.smakolykialergika.pl/2011/05/ciasto-bananowe.html oraz http://alaantkoweblw.pl/tort-owocowy-z-bita-smietana-kokosowa/?spref=fb.









czwartek, 23 lipca 2015

Przeprowadzka

Dzisiaj chciałabym Wam napisać o naszej przeprowadzce. Nie tylko do innego mieszkania, do innego miasta, ale przede wszystkim do rejonu Polski. Z Podlasia przeprowadziliśmy się nad morze, a dokładniej do Gdańska. Mieszkamy tutaj już miesiąc.
Zapewne większość z Was nam zazdrości, że mamy tak blisko do morza i że pewnie prawie codziennie leżymy sobie na plaży;). Nic bardziej mylnego - przez ten miesiąc udało nam się być na plaży jedynie 3 razy, ponieważ mieszkamy na obrzeżach Gdańska i droga na plażę zajmuje nam aż ok. 1 h w jedną stronę :(. 
Ale nie chcę tutaj pisać o morzu, o Gdańsku. Chcę Wam napisać o tym, jak wielkim przeżyciem dla niemowlaka jest przeprowadzka.
Pierwsze dni w nowym miejscu dla Dzidziusia były bardzo stresujące. Nowe miejsce, nowi ludzi. Dzidziuś tak przeżywał tą przeprowadzkę, że przez ok. 2 tygodnie nie odstępował mnie na krok. Nawet moje wyjście na chwilę do drugiego pokoju, gdy zostawał z nim tata kończyły się wielkim płaczem. U nas, na dodatek, przeprowadzka zbiegła się z naturalnym okres dla dziecka w wieku ok. 1 roku, czyli z lękiem separacyjnym, więc może dlatego na początku było aż tak ciężko. Na szczęście, ja jeszcze w tym czasie nie pracowałam, więc całe dnie przebywałam z Dzidziusiem i po ok. 2 tygodniach ten lęk minął. Teraz Dzidziuś spokojnie może zostać na dłuższą chwilę beze mnie: nie tylko z tatą, ale także z innymi osobami.
Oprócz strachu pozostania chociaż na chwilę bez mamy, doszedł jeszcze strach przed kąpielą. Do tej pory Dzidziuś uwielbiał pluskanie się czy to w wanience czy dużej wannie. Po przeprowadzce jakiekolwiek próby umycia go wannie, wanience, pod prysznicem kończyły się (a raczej praktycznie nie zdążyły się zacząć) wielkim wrzaskiem. Gdy kolejne próby w odstępach kilku dni nic nie pomagały, zdecydowaliśmy się oswajanie Dzidziusia z wanienką na nowo. Przez 2 dni wanienka stała w pokoju i służyła jako zabawka, do której wkładaliśmy Dzidziusia, dawaliśmy mu zabawki i bawiliśmy się w statek. Gdy Dzidziuś zaakceptował kąpiel "na sucho" to przeszliśmy o krok dalej: do wanienki, w której siedział, daliśmy mu miskę z wodą, którą mógł sobie rozlewać, chlapać się w niej, a w międzyczasie my go myliśmy. Po takich 3 kąpielach przeszliśmy do normalnej kąpieli, czyli włożyliśmy Dzidziusia do wanienki, która już wcześniej została napełniona wodą. Od tej pory kąpiele znowu stały się dla niego przyjemnym rytuałem. 
Jeśli Was w najbliższym czasie też czeka przeprowadzka to mogę jedynie poradzić dużo cierpliwości, spokoju i zrozumienia dla dziecka. Jeśli macie możliwość, to zaraz po przeprowadzce nie idźcie od razu do pracy: pobądźcie z dzieckiem w domu, aby to nowe miejsce mógł oswoić razem z Wami. 
A może przeprowadzka już za Wami? Jakie macie doświadczenia?

Nieznajoma

środa, 6 maja 2015

Dzidziuś i Skrzacik w końcu się poznali

1 maja do Dzidziusia pierwszy raz przyjechał Skrzacik z rodziną (dzieli nas ok. 70 km). Jeśli przegapiliście historię pojawienia się Skrzacika na blogu to zapraszam tutaj. Nasi synowie, co prawda, już raz się spotkali - 9 maja 2014 roku, gdy byli jeszcze w brzuchach;). A teraz, prawie dokładnie po roku, spotkałyśmy się z Lejdi ponownie, ale już w powiększonym gronie i z tatusiami.
Na początku spotkania Skrzacik zaczepiał Dzidziusia, który udawał, że go nie widzi. Potem Dzidziuś uciekał przed Skrzacikiem. A już pod koniec wspólnej zabawy Dzidziuś wyrwał Skrzacikowi chrupka. Na szczęście, do rękoczynów nie doszło;).
Na przyjazd rodziny Skrzacika przygotowałam niewielki poczęstunek, w którym uwzględniłam także najmłodszych (chłopcy mają teraz po 9,5 m.). Z racji tego, że nasi chłopcy lubią metodę BLW to przygotowałam specjalnie dla nich ciasteczka z batatów.
Niestety, ale pogoda nam nie dopisała. Zdążyliśmy jedynie na ok. pół godziny wybrać się na żwirownię, a potem chłopcy bawili się już tylko w domu.
W rozmowach między nami nie zabrakło tematów dotyczących karmienia piersią, rozszerzania diety, chust czy pierwszych bucików.
Mam nadzieję, że na kolejnym spotkaniu uda nam się więcej czasu spędzić na świeżym powietrzu, a wtedy chłopcy może będą już chodzić;).

Nieznajoma

poniedziałek, 2 marca 2015

Alergia

Niestety, ale i Dzidziusia to dopadło. Skaza białkowa - to jest pewne (po tatusiu odziedziczył).  Nadal karmię Dzidziusia piersią, więc musiałam się nauczyć żyć bez mleka krowiego i wszystkiego co od niego pochodzi. Przy skazie nie można jeść nie tylko mleka, jogurtów, kefirów, śmietany, ale większości rzeczy ze sklepu - trzeba czytać dokładnie składy, bo prawie we wszystkich słodkościach kryje się mleko. Zamiast nabiału jem inne produkty z dużą zawartością wapnia. Nawet sprawdzałam sobie poziom wapnia we krwi po 2 miesiącach od wprowadzenia tej diety i mam w normie. I wcale nie brakuje mi produktów mlecznych, ponieważ dzięki tej diecie odkryłam nowe, zdrowe produkty, ciekawe przepisy, np. naleśniki z kaszy gryczanej niepalonej, budyń jaglany na mleku kokosowym - przepyszny;).
Szczerze mówiąc ta dieta bezmleczna to jest to mały pikuś;p. Przynajmniej wiem czego unikać. Ale niedawno na skórze Dzidziusia zaczęły się pojawiać inne wysypki, liszaje, powrót ciemieniuchy. I teraz siedzę i się głowię, co jeszcze może uczulać go uczulać. Na celowniku jest marchewka, od której zaczęliśmy rozszerzać dietę - na drugi dzień pojawiła się wysypka. Odstawiliśmy i po jakimś czasie ponownie spróbujemy, aby sprawdzić czy na pewno to ona była winowajcą.
Od alergologa dostaliśmy zalecenie, aby wprowadzać Dzidziusiowi 1 nowy produkt na tydzień, a do tego nadal karmić piersią.  A po 1 r.ż. zrobić prowokację nabiałem, aby sprawdzić czy Dzidziuś już wyrósł z tej alergii.
Ja mam wielką nadziej, że moja dieta bezmleczna oraz karmienie piersią pomogą i jak najszybciej zapomnimy o skazie białkowej.

A czy Wy też mieliście doczynienia z alergiami u dziecka?

poniedziałek, 24 listopada 2014

Oprócz mleka Dzidziuś je... (o rozszerzaniu diety)



...mleko;). Tak, Dzidziuś kilka dni temu skończył 4 miesiące i nadal pije, je tylko moje mleko. Nie podaje mu żadnych herbatek, nawet wody przegotowanej, a tym bardziej kaszek czy jedzenia. I tak pozostanie do ukończenia 6 mż. Niektórzy się dziwią. Ba, nawet usłyszałam, że jestem złą matką. A ja właśnie robię to dla dobra dziecka, dla jego zdrowia.

Dla tych, którzy mają wątpliwości, dziwią się czemu Dzidziuś jeszcze nic nie pije, ani nie je oprócz mleka, spieszę wyjaśnić:

Według zaleceń światowej organizacji zdrowia (WHO), wg zaleceń szpitala, w którym Dzidziuś się urodził i wg szkoły rodzenia, do której uczęszczaliśmy dziecku do ukończenia 6 mż. powinno być karmione tylko i wyłącznie piersią. 
 "Karmione tylko i wyłącznie piersią" oznacza także niepodawanie nawet wody w upały. Wiem, że to dziwi wiele osób, tym bardziej babcie, bo kiedyś przepajanie dzieci wodą było na porządku dziennym. Teraz nie przepaja się i to nie jest zwykły wymysł, a oparte jest to na badaniach i wiedzy. Mleko matki jest dla dziecka zarówno pokarmem jak i płynem. Jeśli dziecko jest spragnione to częściej ssie mleko. Nie bójmy się: karmiąc piersią na żądanie nie odwodnimy dziecka. Dzidziuś urodził się pod koniec lipca. Po wyjściu ze szpitala zmagaliśmy się z upałami. Był karmiony tylko piersią (jadł co ok. 2-3 h) i się nie odwodnił. Słyszałam też, że gdy niemowlę ma wymioty i biegunkę to mleko matki jest dla niego zbawienne, ponieważ często dziecko nic więcej nie chce pić ani jeść (nawet gdy ma ponad pół roku) i tylko częste karmienie piersią pomaga mu wyjść z choroby, bo to jedyny pokarm, które dziecko w takiej chorobie przyswaja. Tak więc nie bójmy się o odwodnienie organizmu.

Dlaczego tak wzbraniam się przed rozszerzeniem diety Dzidziusia przed ukończeniem 6 mż.? Dlatego, że organizm dziecka, jego przewód pokarmowy, często nie jest gotowy na stałe posiłki przed 6 mż. Czasami nawet organizm nie daje od razu objawów o tym świadczących i mamy myślą, że wszystko jest dobrze, bo dziecko ładnie je. U niektórych dopiero za kilka albo za kilkadziesiąt lat odezwą się skutki wczesnego rozszerzania diety w postaci m.in. częstych biegunek, problemów z jelitem itp. Więc po co ryzykować? Dzidziuś pięknie przybiera na wadze (ponad normę), więc na zabiedzonego nie wygląda;).

Dodatkowo mówi się o tym, że dziecko musi sygnalizować gotowość do rozpoczęcia rozszerzania diety. Jego gotowość polega na tym, że posadzone (zazwyczaj na początku na kolanach) chwyta w ręce pokarmy i wprowadza je do ust, rozdrabnia wałami dziąsłowymi i połyka. Odchodzi się od karmienia butelką (nawet kaszami), wciskania na siłę kolejnych łyżeczek pokarmu. Jeśli chcemy, aby stały posiłek dla dziecka był bezpieczny to nasze dziecko powinno albo samodzielnie już siedzieć albo chociaż siedzieć na kolanach i mieć oparte plecy o rodzica. W końcu my dorośli także nie jemy (albo chociaż nie powinniśmy) leżąc. To samo dotyczy dzieci.

Co jeszcze jest ważne przy rozszerzaniu diety? Przed każdym podaniem pokarmu stałego dziecko powinno zostać nakarmione piersią. A dopiero potem powinno dostać posiłek stały. A nie odwrotnie, ponieważ mleko matki pod koniec 1 r.ż. powinno stanowić 85-95% wszystkich kalorii. Czyli nie zapychamy dzieci jedzeniem, a potem się dziwimy, że dziecko samo odstawiło się od piersi zaraz po ukończeniu pół roku. Do roku rozszerzanie diety polega na poznawaniu, smakowaniu, a nie od razu najadaniu się posiłkami stałymi.

A ile tych posiłków stałych powinno dziecko przyjmować do 1 rż.? Na rzetelnej grupie wsparcia karmienia piersią znalazłam:
7-8m - 0-1 posiłek stały dziennie
9-10m -  1-2 - posiłki stałe dziennie
11-12m - 2-3 posiłki stałe.

Tak więc do rozszerzania diety mamy spokojnie jeszcze 2 miesiące. A do tego czasu będziemy nadal upajać się tylko mlekiem;).

Jeśli nadal Was nie przekonałam to polecam przeczytać artykuł Hafiji na ten temat, ponieważ ona jest bardziej kompetentnym źródłem ode mnie;): Kiedy rozszerzać dietę dziecka...

wtorek, 28 października 2014

Niemowlę przed telewizorem


Będąc jeszcze w ciąży odwiedziłam znajomych, którzy mieli wtedy 2,5-miesięcznego syna. Dziecko z natury było aniołkiem. Gdy byliśmy u nich w odwiedzinach to ani razu nie usłyszeliśmy płaczu dziecka, nawet kwilenia. Podczas naszego pobytu dziecko zostało posadzone do leżaczka-bujaczka i postawione przed telewizorem - wielkim telewizorem w odległości około metra! I tak spędziło w nim ok. 2 h albo i więcej, bo my już wychodziliśmy, a niemowlę nadal siedziało i oglądało. Po powrocie do domu nie mogłam wyjść z szoku i nadal nie mogę: 2,5-miesięczne niemowlę siedziało 2 h przed telewizorem. Na dodatek matka dziecka była cały czas koło niego, czyli mogła się nim zając, np. położyć go na koc i rozmawiając z nami jednocześnie go pilnować. Wtedy myślałam o tym, że nie dba o oczy swojej pociechy i o kręgosłup (leżaczek-bujaczek).

Od tego zdarzenia minęły 4 miesiące, a ja nadal mam w głowie tą sytuację. Matka tego dziecka niedawno była u nas i zdziwiła się, że nasz Dzidziuś nie przepada za leżaczkiem-bujaczkiem tak jej. Jej synek min. godzinę siedzi w leżaczku-bujaczku, gdy ona gotuje obiad i zazwyczaj przy okazji ogląda tv, które także uwielbia. Dzidziuś też lubi patrzeć na ekran telewizora, ale to nie znaczy, że ja mam mu na to pozwalać. Odkąd się urodził Dzidziuś to tv jest włączane zazwyczaj tylko w środy wieczorem, gdy leci TOP CHEF, a dziecko już śpi w swoim łóżeczku w drugim pokoju. Jedynie u dziadków czasami coś obejrzy. Co do leżaczka-bujaczka to dosłownie kilka razy włożyliśmy go na chwilę, aby zobaczyć jego reakcję: wytrzymał w nim kilka, może kilkanaście minut i był ryk, bo Dzidziuś nie należy do dzieci, które posiedzą spokojnie w bezruchu. I bardzo dobrze! To nie jest dla niego zdrowe. Ja też mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, oprócz opieki nad Dzidziusiem, a większość dnia w domu jestem sama z dzieckiem i nie ratuję się wtedy leżaczkiem-bujaczkiem tylko kładę dziecko na kocyk, na którym może swobodnie wymachiwać nogami i rękami. 

Wczoraj wróciłam po raz kolejny do rozmyślań nad tv, gdy na jednym z forum został poruszony ten temat. Dowiedziałam się (i dodatkowo zajrzałam do kilku artykułów), że dzieci do 2 roku życia nie powinny w ogóle oglądać tv i to nie tylko ze względu na wzrok. Większym zagrożeniem jest to, że tv (nawet grające w tle) moze zaburzyć prawidłowy rozwój dziecka, ponieważ je rozprasza. A oglądanie telewizji przez dzieci może wpłynąć na kłopoty ze snem, rozdrażnienie, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do padaczki. Chodzi tutaj o szybko zmieniające się obrazy, do których oko dziecka nie jest przystosowane. Pediatrzy uważają, że regularne oglądanie tv przez najmłodszych może mieć związek z późniejszymi problemami z koncentracją, ze słabszym rozwojem poznawczym czy agresją. 
 
Ostatnio ta znajoma stwierdziła, że my z Mężem rozpieszczamy nasze dziecko, bo ciągle koło niego skaczemy. Może i skaczemy ciągle koło niego, ale wolimy je tak "rozpieszczać", niż sadzać w leżaczku-bujaczku, stawiać przed telewizorem i mieć święty spokój.

A czy w ogóle kilkumiesięcznemu dziecku do szczęścia potrzebny jest telewizor? Oczywiście, że nie, ale jak widać, wielu rodzicom jest potrzebny.


piątek, 24 października 2014

Smoczkożerca


Dzidziuś jest Smoczkożercą. A jak to się stało?

Oczywiście w ciąży miało być inaczej... Na początku myślałam, żeby mu wcale nie dawać smoczka, bo widok 2, 3-letnich dzieci ze smoczkiem mnie przerażał. Później, za radą terapeutki niemowląt, która stwierdziła, że dzieciom do 1 roku życia odruch ssania jest potrzebny i dzieci potrzebują wtedy smoczków, stwierdziłam, że jednak mu dam, ale dopiero po 1 mż. Terapeutka niemowląt twierdziła, że każde dziecko ma potrzebę ssania tylko nie każdy smoczek mu odpowiada i czasami trzeba wypróbować kilku lub kilkunastu. Wiele słyszałam o tym, że jeśli da się smoczek przed 1 mż. to może on zaburzyć prawidłowe ssania piersi. W wyprawce Dzidziusia znalazł się smoczek, który otrzymałam na szkoleniu dla kobiet w ciąży. Miałam nadzieję, że Dzidziusiowi on podpasuje i nie będę musiała innego kupować. Wybierając się do szpitala jednak go nie spakowałam do torby tylko zostawiłam go w domu, aby użyć go dopiero po 1 mż.

A jak wyszło? 

Zaraz po urodzeniu Dzidziuś został przewieziony na intensywną terapię noworodkową. Pielęgniarka, która zaczęła się nim opiekować powiedziała Mężowi, że Dzidziuś ma wielki odruch ssania i że przydałby mu się smoczek. Tak więc Mąż pojechał do domu po ten smoczek ze szkolenia. Smoczek od razu spodobał się Dzidziusiowi i był jego pocieszycielem w inkubatorze, a potem już poza nim. 

Czy zaburzył ssanie piersi? Nie. A mógł, tym bardziej, że smoczek otrzymał zaraz po urodzeniu, później butelkę, a dopiero za 2 dni pierś. Ale Dzidziuś ma naprawdę wielki odruch ssania i ssie wszystko co się da;).

Nie będę wymieniać tutaj wszystkich plusów i minusów smoczka, bo o tym możecie przeczytać na wielu innych blogach. Chciałabym tylko napisać, że nam smoczek w większości pomaga: szybko uspokaja Dzidziusia, szczególnie na spacerze, w kościele, przy ubieraniu na dwór (czego nie lubi,a  w szczególnie drażni go czapka), przy zasypianiu, przy przebudzeniu (wystarczy dać na chwilę smoczek, a Dzidziuś z powrotem szybko wraca do krainy snów). Oczywiście, czasami też przeszkadza: np. był czas, gdy Dzidziuś z nim spał i gdy mu wypadł to potrafi się obudzić przez jego brak. Teraz staramy się pilnować, aby Dzidziuś zanim zapadnie w głęboki sen pozbył się smoczka albo gdy zaśnie to mu go delikatnie wyjmujemy i wtedyspokojnie śpi dalej. 

Mamy plan, aby oduczyć go smoczka ok. 1 roku, bo jeszcze wtedy to nie jest takie trudne (podobno trwa 3 dni), bo jednak do przedszkola to ze smoczkiem go nie puścimy;).

A jak jest u Was? Macie smoczkożerców?

poniedziałek, 20 października 2014

Nasza droga mleczna

Dzidziuś wczoraj skończył 3 miesiące! Waga już ok. 6,5 kg - szok;). I lekarze na każdej wizycie pytają - tylko na piersi? Tak;) - odpowiadamy z dumą, chociaż początek naszej drogi mlecznej nie był łatwy...

Dzidziuś urodził się w sobotę o 13:35 i gdy tylko zaczął oddychać to został zabrany na intensywną terapię noworodkową. A ja? A ja leżąc jeszcze na porodówce pomyślałam: "No to pięknie, czyli teraz będą go tylko mm karmić i nici z karmienia piersią". Ale nie...
Kilka godzin później, gdy odwiedziłam Dzidziusia w inkubatorze, pielęgniarka, która się nim opiekowała poradziła, abym poszła do położnej i poprosiła o pokazanie jak mam odciągać pokarm ręką i przynosić go do Dzidziusia - chociaż kropelki, ponieważ na początku jest siara - bardzo potrzebna Dzidziusiowi dla zdrowia. I tak zaczęła się nasza mleczna przygoda: pierwsze krople wyciskane ręką i łapane do kieliszka - dosłownie krople: ledwie dno kieliszka zakryte. Ale nie liczy się ilość tylko jakość! 

Później (dzięki szczęściu;)) otrzymałam elektryczny laktator szpitalny, dzięki któremu było już łatwiej, ale nadal to były dosłownie mililitry mleczka - 5 ml w ciągu 2 h z obu piersi było sukcesem, ale i tak z dumą zanosiłam każdą ilość na intensywną terapię. Pielęgniarki mówiły: To jeszcze za mało na cały posiłek dziecka, ale będziemy mu dawać strzykawką między posiłkami. I tak do poniedziałku te ilości mleka były małe aż...

W poniedziałek lekarz prowadzący zdecydował o kangurowaniu. Nareszcze mogłam wziąć na ręcę mojego Dzidziusia - trzymałam go początkowo tylko pół godziny, ale to było piękne...

A gdy wróciłam na salę i zaczęłam po raz kolejny odciągać pokarm to... nagle mleko zaczęło tryskać!!! Hormony zaczęły działać po kangurowaniu i od tej pory udawało mi się ściągać dla Dzidziusia prawie wystarczające ilości na posiłek. Przy drugim kangurowaniu położna pomogła mi przystawić Dzidziusia do piersi, który nie chciał jeść, bo... akurat był po karmieniu. Uzgodniłyśmy, że kolejne kangurowanie zrobimy zaraz przed jego posiłkiem i wtedy... Dzidziuś przyssał się bez problemu i jadł;). 

 Oczywiście nie wszystko było takie kolorowe. Co prawda, Dzidziuś nie miał problemu ze ssaniem, ale za to ja miałam problem z dobrym przystawieniem go. Dopiero znalezienie odpowiedniej pozycji do karmienia (na leżąco) nam pomogło. Do tego przeszłam przez poranione brodawki laktatorem, zastój jednej piersi i leczenie kapustą. Ale w końcu wyszliśmy na prostą i od wyjścia ze szpitala karmienie to już tylko przyjemność;)

Wiele osób, którym opowiada naszą drogę mleczną dziwią się, że Dzidziuś nie miał problemu z ssaniem piersi, ponieważ dopiero w 3 dobie życia, gdy już zdążył posmakować mm z butelki, smoczka, a dopiero na końcu moją pierś to i tak bez problemu wybrał pierś. A problemu z ssaniem piersi nie miał, ponieważ (jak to określiła pielęgniarka zaraz po jego urodzeniu) ma on wielki odruch ssania, który w inkubatorze był zaspokajany smoczkiem. Jeszcze do tej pory Dzidziuś jest smoczkożercą;).

I tak karmimy się tylko piersią do tej pory i jesteśmy z tego dumni i zamierzamy tak robić do min. 6. mż., a później powoli wprowadzać stałe produkty, ale nadal się karmić;)!

Przy okazji polecam przeczytać ciekawy wywiad porównujący mleko matki z mlekiem modyfikowanym: http://dziecisawazne.pl/magda-karpienia-rozmowa-o-mleku-mamy-i-mleku-modyfikowanym/?dest=menu.

niedziela, 19 października 2014

Długorzęsy niecierpliwiec

Znakiem rozpoznawczym Dziudziusa są... długie rzęsy.

-Widziała Pani Jakie ma długie rzęsy?

- Długorzęsy niecierpliwiec, dobrze, że mama ma Cię tylko jednego;)

- Jakie długie rzęsy, będzie dziewczyny wyrywać na te rzęsy:)

- Jakie on ma rzęsy, po kim?

-A to chłopiec? Ale ma długie rzęsy.





Tak, Dzidziuś ma dłuuuugie rzęsy. A po kim? Po mamusi;). 


A na co u Waszych dzieci inni zwracają największą uwagę?



czwartek, 16 października 2014

Służba zdrowia

Gdy zachodzę z Dzidziusiem do lekarza (szczególnie w jednej z poradni) największą uwagę poświęcają nie Dzidziusiowi, ale oddziałowi NFZ, do którego został zgłoszony. Wiem, że jest to trochę skomplikowane (bo jest zameldowany w woj. lubelskim, mieszka w woj. mazowieckim, a jest zgłoszony do ubezpieczenia w woj. pomorskim), ale jednak da się to pojąć, chociaż każdemu zajmuje to chwilę lub dłuższą chwilę. Poza tym, to nie zadanie lekarza, aby się wdawać w dyskusje, do którego oddziału NFZ można być zgłoszonym, bo jeśli pracodawca tak zgłosił to widocznie można. 

A oto dyskusje na ten temat, które zajmują większość czasu na wizycie lekarskiej:
I wizyta w tej poradni N:
- Jaki oddział NFZ dziecka?
- Chyba 11.
- 11? [pomorskie] A dlaczego? U kogo jest dziecko zgłoszone do ubezpieczenia?
- U męża. 
- A gdzie mąż pracuje?
- W S. [woj. mazowieckie, oddział NFZ 7].
- To  wtedy 7 - tak jak praca.
- Nie, pracodawca może zgłosić wg zameldowania.
- A gdzie dziecko jest zameldowane?
- W woj. lubelskim [3], ale mąż jest w woj. pomorskim.
- To wtedy 3.
- Raczej nie. Ja kiedyś byłam ubezpieczona u męża i miałam 11 wg zameldowania męża, a nie mojego. Niech pani wpisze 11, a mąż dopyta w pracy i na następnej wizycie zgłosi, jeśli okaże się, ze inny.
[Lekarka zostawia puste miejsce na oddział NFZ]
- Żebym ja musiała się takimi sprawami zajmować. To jak ja mam wypisać receptę? Wypiszę na panią.
Po czym lekarka wypisała receptę (nie zapytała mnie o oddział NFZ). Gdy poszłam z receptą do apteki to dopiero zobaczyłam, że na recepcie wpisała oddział 7, a ja należę do 3! Ale co tam, zobaczymy czy mi leki wydadzą... I wydali. To po co komu te numery oddziałów NFZ???

II wizyta w poradni N:
- Na ostatniej wizycie nie wiedzieliśmy jaki oddział NFZ, ale mąż zapytał w pracy i na pewno 11. 
- A czemu 11? Gdzie mąż pracuje?
- W S.
- To powinno być 7.
- Ale jest zgłoszony w 11.
[Lekarka wypisuje receptę na komputerze]
- Jak ja mam receptę wypisać, jeśli w komputerze jest oddział 3? Czemu Pani zgłosiła w rejestracji, że 3? Ja tego nie mogę zmienić - to rejestracja wprowadza oddziały NFZ.
Pielęgniarka: - To ja zadzwonię do informatyka]
- Ja nic nie zgłaszałam, nikt mnie nie pytał o oddział NFZ.
- I jak ja mam teraz receptę wypisać? Mogę to zmienić w komputerze?
[Pielęgniarka dzowni do informatyka, który mówi, że można zmienić oddział NFZ w komputerze.]
- Ja na tej recepcie zmieniłam oddział na 11, ale niech pani zgłosi w rejestracji, że jest zmiana oddziału NFZ.

W rejestracji:
- Chciałabym zgłosić, ze syn jest ubezpieczony w oddziale NFZ 11, a nie w 3.
- Dlaczego? A u kogo dziecko jest zgłoszone?
- U męża.
- A gdzie mąż pracuje?
- W S.
- To powinno być 7.
- Ale mąż jest zgłoszny wg zameldowania w pomorskim - 11.
- A gdzie dziecko jest zameldowane?
- W M.
- To 3 powinna być
- Nie, 11 jest na pewno.
- Ale ja nie mogę tego zmienić w komputerze - oddział NFZ pojawia się automatycznie wg zameldowania dziecka.
[Rejestratorka dzwoni do informatyka...]

Ciekawe jak będzie wyglądać nasza trzecia wizyta w tej poradni. Czy znowu najważniejszy będzie oddział NFZ?



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Spacery

Jak wyszliśmy z synkiem ze szpitala (pod koniec lipca) to były takie upały, że lataliśmy z mężem z wiatrakiem po domu, bo się wytrzymać nie dało. Nam, dorosłym, było ciężko oddychać, a co powiedzieć naszemu maluszkowi. Na spacery mogliśmy się wybrać tylko albo z samego rana (8, 9 rano) albo dopiero wieczorem (od 18). Wtedy w kółko powtarzałam: "Kiedy będzie chłodniej?"

Ostatnie dni zrobiły się takie mroźne, że zaczynam tęsknić do tych upałów. Wczoraj cały dzień padało - jak jesienią. Czekaliśmy ze spacerem licząc na to, ze w końcu przestanie padać. Po 20 się poddaliśmy - jeszcze lekko mżyło, ale już nie było na co czekać: dzidziusia ubraliśmy ciepło (ja sama założyłam już kurtkę jesienną), w wózek i w trasę. 
Dzisiaj, na szczęście, już nie pada. Za chwilę się karmimy i wyjeżdżamy na szosę wózkową;). Jak to dobrze, że moje dziecko lubi świeże powietrze i spacery - tylko poczuje powietrze na buzi to zamyka oczy i za chwilę "dziecka nie ma":). Gdy nie mogę go wziąć na spacer, a on marudzi przy zasypianiu, to wynoszę go na balkon. Tam też, chociaż po dłuższej chwili, zamyka oczy i śpi. Odkąd zaczęliśmy spacerować to nie odpuściliśmy ani dnia - mam nadzieję, że zima będzie łagodna w tym roku i pozwoli nam cieszyć się świeżym powietrzem.

I kolejny raz widzę, że synek jest do mnie podobny w tych spacerach (na razie w wózku). Moi rodzice do tej pory wspominają jak ja (najbardziej z rodzeństwa) uwielbiałam spacery i będąc już kilkulatką wyciągałam rodziców z domu mówiąc "Pójdziemy na spacer?" i tak mi zostało do tej pory;). Kto mnie zna to wie, ze spacery są moim ulubionym sportem, także w ciąży. A teraz mam już swojego osobistego "kompana", z którym będę spacerować i spacerować;).

sobota, 23 sierpnia 2014

I mój synek wybrał, że się urodzi...



Tekst napisany w połowie lipca.

Jestem jeszcze w dwupaku;). Mam jeszcze  tydzień do terminu, ale, jak wiadomo, można urodzić już 2 tygodnie przed terminem, więc od kilku dni "siedzę jak na szpilkach". Są takie chwile, że myślę, że zaraz będę jechać na porodówkę. A za chwilę stwierdzam, że to na pewno dzisiaj nie nastąpi. I tak w kółko...

Już od kilku tygodni sąsiedzi moich rodziców pytają ich, czy już zostali dziadkami. Nie, jeszcze nie!
Kolega mojego męża ze 2 tygodnie temu zapytał go, czy ja jeszcze chodzę - ale się uśmiałam:D. Może nie chodzę tak szybko jak kiedyś, ale bez przesady - chodzę, sama, bez pomocy;). Nawet codziennie robię obiad, coś posprzątam i obowiązkowo spaceruję. W takich momentach przypomina mi się wypowiedź mojego przyszłego szwagra sprzed kilku miesięcy: "Ostatni miesiąc ciąży to już tylko wegetacja". Jestem na ostatniej prostej, ale jeszcze nie wegetuję:). Na dodatek (jeśli maluszek mi na to pozwoli) to pokażę przyszłemu szwagrowi "wegetację" w najbliższą sobotę, gdy ożeni się z moją siostrą. Oczywiście (jeśli wcześniej nie wyląduję na porodówce) wybieram się na wesele i jeszcze ze szwagrem zatańczę. Wesela uwielbiam, ale to będę musiała przeżyć spokojniej (bez szaleńczych tańców). Obawiam się tylko o dzidziusia, czy muzyka weselna przypadnie mu do gustu, czy nie będzie mnie zbytnio kopał. Poza tym uważam, że wesele na tym etapie ciąży nie jest złym pomysłem, ponieważ ja jestem tego najlepszym dowodem: ćwierć wieku temu moja mama tydzień przed terminem (identyczna sytuacja;)) wybrała się na wesele swojego brata. Następnego dnia chciała jeszcze iść na poprawiny, lecz stwierdziła, że lepiej wybrać się na porodówkę. Po 3 godzinach byłam już na świecie, zaś porody mojego rodzeństwa (starszego i młodszego) bardzo się dłużyły. Więc aktywność zaraz przed porodem jest jak najbardziej wskazana;).

Ale, jak wiadomo, wszystko zależy od mojego bobaska. Bo jeśli w ostatniej chwili zdecyduje, że on nie chce iść na wesele to nic na to nie poradzimy i zmienimy kierunek na porodówkę.

I... zmieniliśmy kierunek z wesela na porodówkę. Mój synek urodził się 19 lipca o 13:35, a o o 16:00 był ślub mojej siostry. Aby wdać się w mamusię, zabrakło mu doby - ja się urodziłam także o godz. 13;).

Brzuszek

Tekst napisany 10 lipca.

Budzę się i czuję to wspaniałe uczucie – ktoś wierci się w moim brzuszku.

Przygotowuję jedzenie, włączam blender, a mój mały lokator stwierdza, że te odgłosy mu się nie podobają i kopie mnie coraz mocniej. Aby nie stresować dzidziusia i z głodu nie umrzeć staram się jak najszybciej dokończyć blendowanie.

Przez dłuższy czas mój brzuszek jest w bezruchu i zaczynam się martwić. Kładę rękę na brzuszku i mówię do swojego maleństwa, a po chwili mój brzuszek zaczyna falować. Widać, że moje dziecko słucha swojej mamusi już w brzuszku;).

Siedzę sobie na kanapie, patrzę, a tu mój brzuch zrobił się asymetryczny: prawa strona wygląda jakby z niej uszło powietrze, a za to lewa to wielkie „wybrzuszenie”.
Brzuszki mam zawsze kojarzyły mi się z pępkiem na zewnątrz. Mój pępek w początkowej fazie ciąży się zapadał, robił się jeszcze większy dołek. Zaś później zaczął wychodzić na zewnątrz. Teraz czy jest na zewnątrz czy wewnątrz zależy od humoru mojego maleństwa – gdy leży na środku to pępek jest na zewnątrz, zaś gdy tylko dzidziuś przesunie się w lewą stronę to pępek się zapada.
Na USG okazało się, że dziecko ułożone jest główkowo, ma kręgosłup i pupę w mojej lewej części brzucha, a nóżkami przebiera na środku lub w prawej części brzucha.

Dzidziuś tak potrafi się wiercić, że nagle na chwilę po lewej stronie brzuchu pojawia się „gula”. Ale nigdy nie udało mi się zrobić zdjęcia, bo jak tylko wyciągnę aparat to dzidziuś się chowa – mały spryciarz;). Gdy ostatnio mój mąż zobaczył po raz pierwszy tą „gulę” to powiedział: "Kochanie, co ci się stało?" A ja: „Nic, to tylko nasze dziecko wypina się do nas pupcią:)”.

Kładę się spać, przyjmuję odpowiednią pozycję (co z dużym brzuszkiem nie jest łatwe), już zasypiam, a tu nagle czuję, że mały "czołg" jeździ w moim brzuchu:).

Ostatnio rozłożyliśmy łóżeczko i przewijak obok naszego łóżka. Odstęp nie jest zbyt duży, więc sprawdzam czy będzie mi wygodnie przewijać dziecko i stwierdzam, że miejsca jest na styk, bo ledwo mieszczę się ze swoim brzuszkiem. Dopiero po chwili dociera do mnie, że przecież ja już tego brzuszka mieć nie będę;).

Będę tęsknić za moim „brzuszkowym” wyglądem;).

Jednak nie tęsknię za moim "brzuszkowym" wyglądem, bo bez tych 9 kg nadwagi jest mi o wiele lżej i w końcu mogę spać na plecach, a nawet na brzuchu;). Ale tęsknię za tym, że mój synek był ze mną (a nawet we mnie;)) 24 h na dobę. Teraz, gdy wychodzę bez niego to się zastanawiam co robi, czy śpi, czy nie płacze itp. A w ciąży miałam go cały czas pod kontrolą i wychodziłam wszędzie z nim;).

piątek, 22 sierpnia 2014

Płacz

W pierwszych dniach, gdy maluszek był już ze mną na sali (dopiero od 5. doby jego życia) to ja myślałam, że mam Aniołka, który płacze tylko, gdy chce jeść. A płakał tak donośnie i piskliwie, że, gdy szybko nie dostał mleka to cały oddział o tym wiedział. Gdy wyszliśmy ze szpitala to ten nerwowy płacz się skończył i pojawił się normalny płacz, a nawet kilka jego rodzajów (albo tak było od jego narodzin tylko ja tego wcześniej nie widziałam).

Tak więc cofam moje słowa, że mam Aniołka, który płacze tylko z powodu głodu. Na dzień dzisiejszy (bo synek zaskakuje mnie każdego dnia i już jutro lista powodów może się powiększyć:)) mój dzidziuś płacze, bo chce powiedzieć:
- "mamo, jestem głodny",
- "mamo, najadłem się za bardzo i teraz mnie brzuszek boli",
- "mamo, boli mnie brzuszek, bo zjadłaś coś ostrego" (staram się unikać ostrych potraw, ale "ostry" w rozumieniu maluszka, a moim to znacznie się różni:(),
- "mamo, szybko, bo sikam",
- "mamo, już się zsikałem i przebierz mnie natychmiast, bo ja czuję mokro w tych pampersach (podobno tylko nieliczne dzieci czują mokro w pampersie, ale mój należy właśnie do tej mniejszej grupy i nie wiem czy tu się cieszyć czy płakać i co chwilę zmieniać pampersa, bo po jednym jedzeniu zazwyczaj sika 2 razy, a do tego kupa, która jest zazwyczaj w innym momencie niż siku, więc na pampersy już nie wyrabiamy),
- "mamo, chcę zrobić kupę, ale nie mogę",
- "mamo, zaraz zrobię kupę",
- "mamo, właśnie zrobiłem kupę i przebierz mnie natychmiast"
- "mamo, jest mi za gorąco",
- "mamo, jest mi za zimno",
- "mamo, jest mi niewygodnie",
- "mamo, jestem śpiący, ale nie mogę zasnąć"
- "mamo, gdzie jesteś?"

Podobno każde dziecko ma inny płacz na inny powód. My z mężem do tej pory odróżniamy tylko płacz na jedzenie/smoczek (potrzeba ssania) i na problem z zaśnięciem. Reszty powodów płaczu domyślamy się drogą eliminacji. Miejmy nadzieję, że nadejdzie taki dzień, gdy po samym płaczu będziemy wiedzieć co chce powiedzieć nasz mały człowieczek albo już nadejdzie taka pora, że on sam nam to powie;).


Czkawka

Mój dzidziuś w brzuchu miewał czkawkę prawie codziennie i to nie raz dziennie, tylko nawet 5 razy dziennie. Wtedy było mi go bardzo szkoda, bo ja sama przez całą ciążę nie miałam czkawki ani razu. Gdy tylko dostał czkawki w brzuchu to ja głaskałam brzuch, aby go pocieszyć.

Po narodzinach mój pierworodny znowu dostaje czkawki. Wszyscy pocieszają, że to normalne w pierwszych miesiącach życia. Tylko teraz przeżywanie z nim czkawki jest jeszcze trudniejsze. Maluszkowi ta czkawka zbytnio nie przeszkadza - oczywiście, o ile nie trwa za długo i nie jest akurat śpiący. Ale za to mnie strasznie irytuje, bo po co taki dzidziuś ma się męczyć z czkawką?

Początkowo na każdą czkawkę lekiem było ponowne przystawienie do piersi. Tylko był mały problem: czkawki dostawał zazwyczaj zaraz po jedzeniu, więc namówienie go na ponowne jedzenie nie było łatwe. Później położna środowiskowa poleciła nam chuchanie na ciemiączko. Albo to nie działa na moje dziecko albo ja nie umiem chuchać:(, bo czkawka tym sposobem nie przeszła ani razu. W końcu pediatra powiedziała nam, że jeśli maluszkowi czkawka nie przeszkadza zbytnio to można ją przeczekiwać i przejdzie sama - i przechodzi, ale czasami trwa to długo.

Czkawka u synka pojawiała się prawie po każdym karmieniu, więc zaczęłam się interesować tym, co tą czkawkę wywołuje. Dowiedziałam się, że czkawka jest zazwyczaj, gdy się dziecku dużo uleje (trudno temu zapobiec), gdy nagle dziecko zawieje (przy przebieraniu pampersa po jedzeniu - u nas to miało najczęściej miejsce) oraz po samym nałykaniu się powietrza podczas jedzenia (aby zapobiec czkawce należy dziecko odbekać po każdym jedzeniu). I tak zaczęliśmy odbekać dzidziusia (chociaż w szkole rodzenia mówili, że teraz nie trzeba odbekać to jednak naszemu maluchowi to służy) oraz zaczęliśmy przykrywać go pieluchową tetrowa lub flanelką  przy przebieraniu. I od tej pory czkawka pojawia się coraz rzadziej;).

Czy Wasze dzieci też tak często miały czkawkę? Jakie sposoby na czkawkę u Was się sprawdziły?

czwartek, 21 sierpnia 2014

Spotkanie z położną


W poniedziałek (4 tygodnie po porodzie) wybraliśmy się we trójkę na spacer do szpitala, aby podziękować naszej położnej. Naszej, czyli położnej, która prowadziła nasz długi i ciężki poród. Gdyby nie jej doping i słowa "Niunia, jeszcze, jeszcze trochę..." to bym nie urodziła.

Synek grzecznie spał w wózeczku z buzią na boczku, a położna chciała chociaż trochę zobaczyć jego twarzyczkę. Dzidziusia delikatnie rozbudziliśmy i ...
- Pokaż buzię.
- Oj, jaki uparty... po mamusi;).
- A jakie masz długie rzęsy.
- Przychodźcie po kolejne dzieci.
Tę ostatnią wypowiedź wzięłam sobie do serca;)

Cud narodzin



Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy wspierali naszą trójkę słowem, pomocą, myślami i modlitwą w tych trudnych pierwszych dniach życia naszego synka. Szczególne podziękowania dla mojego kochanego męża i położnej Eli - bez Was bym nie urodziła!

Trzymanie na rękach: Czy to jest rozpieszczanie?
Nie mogłam się tego doczekać. Po raz pierwszy mogłam wziąć swoje dziecko na ręce dopiero 3 dnia.

Tlen: Nie doceniamy tlenu, którym oddychamy?
Doceniłam tlen, gdy zabrakło go mojemu dziecku w pierwszych minutach jego życia.

5 ml: To mało?
Gdy w pierwszych dniach po porodzie starałam się ściągnąć pokarm dla synka to 5 ml mojego mleka było wielkim sukcesem.

Płacz: To oznaka słabości?
Gdy usłyszałam płacz mojego dziecka po kilku minutach od jego narodzin to uznałam ten płacz za jego wielką siłę.

Cud: Cuda się nie zdarzają?
Cudem jest to, że Dzidziuś w pierwszej minucie życia dostał tylko 2 punkty Apgar, w trzeciej 7, a w dziesiątej aż 9.

Kiedy stajemy się rodzicami

Tekst napisany na początku 9. miesiąca ciąży.


Gdyby ktoś zadał mi to pytanie jeszcze jakieś 8 miesięcy temu to bym odpowiedziała bez zastanowienia, że stajemy się rodzicami w chwili narodzin pierwszego dziecka. Teraz, będąc w 8 miesiącu ciąży, mam inne zdanie. W ogóle zauważyłam, że ciąża zmienia wiele poglądów, przewartościowuje pewne sprawy, zwłaszcza dotyczące rodziny. 

W pewne listopadowe popołudnie zrobiłam test ciążowy – pokazał 2 kreski. Z radości i lekkiego niedowierzania zawołałam męża do łazienki, aby sam zobaczył – tak: 2 dobrze widoczne kreski. Było popołudnie, a słyszałam, że najlepiej robić test rano, zaraz po wstaniu. Ale ja do rana czekać nie chciałam – 2 kreski: jestem w ciąży!!! Chociaż miałam drugi test w szufladzie to go nie użyłam ani tego samego dnia, ani kolejnego. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że noszę w sobie dziecko i od tej pory nie miałam do tego już żadnych wątpliwości, więc po co drugi test. Zaczęłam się tylko zastanawiać nad terminem pójścia do ginekologa. Powiem szczerze, że nie spieszyło mi się zbytnio. Wiedziałam, że muszę brać kwas foliowy (już kilka miesięcy wcześniej zaczęłam go brać) i dbać o siebie. Dodatkowo czytałam, że nie ma co za wcześnie iść do lekarza, bo po 1) może być za wcześnie, aby potwierdzić ciążę poprzez badanie ginekologiczne czy USG, a po 2) serduszko maluszka zaczyna bić ok. 6 tc., więc najlepiej pójść po tym czasie. Wiele kobiet idzie w 4 czy w 5 tc. i słyszą od lekarza: „Jest ciąża, ale musi pani przyjść za 2 tygodnie, abyśmy sprawdzili czy bije serduszko. bo jeszcze nic nie ma”. I wtedy te 2 tygodnie czekania są dla kobiety męczarnią, gdy ciągle myśli o tym, czy na kolejnej wizycie serduszko będzie już biło. Aby nie przeżywać takich katuszy ja zdecydowałam się na wizytę położniczą (dopiero wtedy dowiedziałam się, że wizyta „w ciąży” nazywa się położnicza, a „nie w ciąży” ginekologiczna – człowiek uczy się przez całe życie;)) dopiero w 8 tc.

I nadszedł 13 grudnia, piątek późnym wieczorem. Pani ginekolog już przy badaniu potwierdziła ciążę. Następnie zaprosiła mnie do drugiego gabinetu na USG, a po drodze zgarnęła mojego męża z korytarza słowami: „Chce Pan być przy USG?” Mój mąż tylko kiwnął głową i zdezorientowany pokroczył za panią doktor. Ja chyba byłam bardziej zdziwiona, niż mąż, że pani ginekolog sama zaprosiła męża – że w ogóle w korytarzu go wyhaczyła. Przed wizytą odwiedziłam mnóstwo portali parentingowych, gdzie mamusie wypowiadały się, że ginekolog zgadzał się na tatusiów dopiero od USG przez brzuch, a przy tym pierwszym niekoniecznie.
A u nas było inaczej: pani ginekolog nie tyle co się zgodziła, co sama wyszła z inicjatywą. Na dodatek nie znała nas i nawet nie miała pewności czy to ojciec dziecka, a nie np. brat;). Ale może rozpoznaje tatusiów na kilometr;).

Podczas USG ekran początkowo był skierowany w stronę mojego męża. Pani doktor tłumaczyła mu: „Niech tatuś się przyjrzy, tutaj jest główka dzidziusia, a tutaj pupcia. A teraz pokażemy mamusi…” i ekran przekręcił się w moją stronę i po raz pierwszy zobaczyłam moje dziecko. Wtedy miało ok. 2 cm i tylko główkę i pupcię, ale zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia;). A gdy usłyszeliśmy bicie jego serduszka to łzy napłynęły nam do oczu. W drodze powrotnej do domu ciągle oglądaliśmy zdjęcia z USG i powtarzaliśmy w kółko: „to główka, a to pupcia”, „niech mamusia spojrzy”, „niech tatuś spojrzy jaki śliczny dzidziuś”;).

Pojawienie się dzidziusia w brzuszku zmienia zdanie na pewne tematy. Pomimo, że mój maluszek jeszcze się nie urodził to ja nie mam żadnych wątpliwości, ze matką jestem już teraz.