Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mamine historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mamine historie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

Mama wraca do pracy



Nie myślałam, że aż tak szybko będę mogła napisać post o powrocie mamy do pracy. Będąc jeszcze na urlopie macierzyńskim, powrót do pracy kojarzył mi się z długim szukaniem pracy (tak było w moim przypadku 2 lata temu, gdy tylko skończyłam studia), a na dodatek myślałam, że posiadanie małego dziecka nie punktuje u pracodawców. A jednak tak szybko (zdążyłam wysłać dopiero kilka CV) udało mi się znaleźć pracę w firmie, gdzie na rozmowie rekrutacyjnej otwarcie mogłam powiedzieć o tym, że mam małego brzdąca. Skąd miałam taką pewność? Ogłoszenie o pracę znalazłam na portalu Mamo Pracuj. Jeśli pracodawca umieszcza na tym portalu oferty pracy to nie traktuje młodych matek jako zło konieczne;).
Ale może po kolei;). Ponad pół roku temu skończyła mi się umowa o pracę, a 2 tygodnie temu zakończyłam czas urlopu macierzyńskiego. Od ok. 2 miesięcy zaczęłam na poważnie rozmyślanie nad powrotem do pracy - nowej pracy. Zaczęłam przeszukiwać oferty w Internecie. Na początku nie do końca wiedziałam czego dokładnie szukam. W międzyczasie dowiedziałam się o wyprzedaży w jednej z księgarni internetowych i kupiłam sobie książkę "Mamy, wracamy" Marty Waszczuk, wzięłam udział w darmowym webinarze dla mam: "Wracać czy nie wracać", prowadzonym przez Martę Maciszewską-Malinowską z Family Manager oraz w powebinarowym coachingu. Te wszystkie działania "poukładały mi w głowie", dały świadomość moich mocnych stron, dzięki czemu poczułam się pewniej na rynku pracy. Po kilku dniach jeden z pracodawców do mnie oddzwonił i zaprosił na rozmowę. W trakcie rekrutacji firma zaproponowała mi wyższe stanowisko, niż to, na które aplikowałam! - takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam;). Tak więc zaczynam pracę od 17 sierpnia. Ci co mnie znają bliżej to zapewne domyślają się, że dla mnie początek pracy nie oznacza końca kp (o tym, jak poradziliśmy sobie z tą kwestią, zapewne Wam poinformuję;)).

Także myślicie o powrocie do pracy? Nie wiecie jak się zabrać za szukanie pracy? A może macie jeszcze wątpliwości czy już wracać?  Ja ze swej strony mogę polecić działania, które mi pomogły:
1. Przeczytać książkę "Mamy, wracamy" Marty Waszczuk - możecie pożyczyć ją ode mnie :),  jeśli jesteście z Gdańska (chętnie pożyczę książkę na wymianę za inną) - w tej książce jest wiele ćwiczeń, dzięki którym uświadomicie sobie jakie macie umiejętności, pasje, co kochacie robić itp. A może dzięki wskazówkom zawartym w książce otworzycie własną firmę czy fundację.
2. Wziąć udział w coachingu, webinariach, seminariach, spotkaniach itp., skierowanych do mam, które chcą wrócić do pracy, np. w Family Manager.
3.  Szukać pracy nie tylko na popularnych stronach z ofertami pracy, ale także  na portalach dla mam, dzięki czemu mamy pewność, że nie musimy ukrywać posiadania dzieci - ja skorzystałam z portalu Mamo Pracuj.
4. Zamieścić w CV oraz na rozmowie rekrutacyjnej chwalić się doświadczeniami nie tylko stricte zawodowymi - u mnie największy wpływ na moje zatrudnienie miały udzielane przeze mnie korepetycje oraz prowadzenie Klub Mam
5.  Uwierzyć w siebie!!! Dzięki temu i pracodawca w Was uwierzy.
Powodzenia!

Nieznajoma

piątek, 24 lipca 2015

Era Facebooka


Znowu siedziałam wczoraj do godziny 23 na Facebooku. I nie z powodu plotek ze znajomymi (chociaż nie przeczę, że w międzyczasie sobie kilku nie ucięłam :) ), ale siedziałam na fanpage'u mojego Klubu Mam, którego spotkania organizuję w Siedlcach. Tak, pomimo mojej przeprowadzki do Gdańska nadal jestem jego organizatorką. Tyle, co mogę to robię zdalnie, czyli głównie fanpage oraz mailinig, a w resztą spraw (a uwierzcie, że jest ich dużo) zajmuje się Marta - mama, którą poznałam właśnie w moim Klubie. I wybór jej na mojego zastępcę był strzałem w 10!
Pomyślicie, a co to za zajmujące zajęcie organizując wydarzenia siedząc w domu przed komputerem i głównie posługując się Facebookiem. A jednak tak zajmujące, że wczoraj zajęło mi to kilka godzin: w tym godzinne szkolenie on-line z zakresu wykorzystywania fanapage'y (jeśli Wy także prowadzicie fanpage to napiszcie do mnie, a polecę Wam dobre, darmowe szkolenia z tego zakresu), umieszczanie relacji z ostatniego spotkania, a potem udostępnianie informacji o trwającym do dzisiaj konkursie, w którym są do wygrania wejściówki na najbliższe spotkanie Klubu. I przed chwilą sprawdziłam klubowego maila i widzę, że ta moja praca nie idzie na marne i że udało mi się dotrzeć do kolejnej Mamy, która po raz pierwszy odwiedzi nasz Klub.
Wracając do kwestii tego, po co dalej organizuję spotkania, które odbywają się prawie 500 km ode mnie (z powodu mojej przeprowadzki)? Bo czuję, że to, co robię mnie nakręca;). I nie tylko ja to czuję. 2 tygodnie temu wzięłam udział w sesji coachingowej skierowanej do Mam i co usłyszałam od coacha? Usłyszałam, że jak zaczynam mówić o moim Klubie Mam to cała promienieję ;). A przedwczoraj byłam na rozmowie o pracę - od osoby rekrutującej usłyszałam podobne stwierdzenie:"Widzę z jaką pasją mówisz o swoim Klubie Mam". I czy ja mam z tej pasji zrezygnować? Ależ skąd;).

A jakie Wy macie pasje? I czy w swoich pasjach wykorzystujecie Facebooka?

Nieznajoma

niedziela, 19 lipca 2015

Rok minął


Dokładnie rok temu, 18 lipca, w piątek, stękałam z bólu i chodziłam po domu jak najęta, to do kuchni, to do pokoju. Szybciutko wydychałam powietrze gdy skurcze lapały. Od samego rana, od pierwszego skurczu skrzętnie zapisywałam długość i moc skurczów i czas przerw między nimi.

Rano jeszcze pojechałam do Lidla, kupiłam maszynkę do strzyżenia psów. Potem u mamy zrobiłyśmy z niej pożytek i bawiłyśmy się w psiego fryzjera. Eksperymentalnym obiektem była Molka, mały, wrednawy psiak. Strzygłam, a skurcze łapały. To mocniej, to słabiej.

Wróciłam do domu. Odkurzyłam. Stwierdziłam, że może warto złożyć łóżeczko, bo te skurcze coraz silniejsze. Materac się dokupi. Może skurcze przejdą. Jutro. Tak.

Kolacja, kąpiel. Relax. Skurcze co 5 minut. Czop nie odchodził. Wody też nie.
 
Pamiętam jak dziś, jak około godziny 22.00 stałam i patrzyłam na spakowaną torbę i myślałam: nie, jeszcze nie; jeszcze poczekam. Naiwnie oczekiwałam na odejście wód płodowych. Rozmawiałam z przyjaciółką na fejsie i śmiałam się, że zanim pojadę na trakt porodowy, muszę przed porodem zrobić makijaż, paznokcie umalować chociaż, a zaraz potem skarżyłam się na mocne skurcze. 

Dokładnie rok temu około 23 zdecydowałam, że jedziemy na porodówkę, przecież tylko mnie zbadają, może zrobią KTG, mąż jeszcze wróci do domu, a ja zostanę ewentualnie, bo dzień wcześniej KTG mówiło, że na Jasia jeszcze nie czas. Dokładnie rok temu, no, za 3, 5 godziny będzie ROK, na oczy ujrzałam swojego pierworodnego. Taki był malutki, szczuplutki, brzydziutki. Taki pomarszczony i wymoczony. Najpiękniejsze dziecko na świecie!

Lejdi

piątek, 8 maja 2015

Mama rzuca pracę

Ustalmy jedną rzecz. Rodzina jest najważniejsza. I kropka.

Dokładnie pierwszego kwietnia, w prima-aprilis rozpoczęła się moja przygoda z pracą. Po długim czasie bezrobocia (ciąża i 8,5 miesiąca opieki nad Skrzatem), mama postanowiła pójść zarabiać. I poszła. Praca, na zleceniu. Oh! Czas nienormowany. ZUS odprowadzany od marnej kwoty. Około 50 godziny tygodniowo poza domem. Do pracy dojeżdżałam, więc 2-3 godziny trzeba doliczyć na dojazd. A w pracy spędzałam nawet dziesięć godzin, od 9 do 19.

Wytrzymałam 28 dni.

W ostatnią środę, na porannym zebraniu, powiedziałam sobie DOŚĆ. Wtedy jeszcze cichutko, w myślach. Ale ta myśl wybrzmiewała we mnie coraz głośniej i głośniej. "Chcesz wrócić do syna, do męża, do domu. Chcesz w końcu nie zaciskać zębów ze stresu, nie rwać włosów z głowy. Chcesz zjeść normalny obiad." Nie zaprzeczę. Chciałam.

Następnego dnia myśl zwerbalizowałam. Poszłam do szefowej i powiedziałam: Wysiadam.

Cóż. Zaskoczenie spore. Bo: szkoda, bo niezła jesteś, bo zarabiać będziesz więcej, to kwestia czasu, bo dziecko nie jest wymówką, bo to, bo tamto. A ja miałam serdecznie dość.

I dzisiaj, kiedy zaniosłam na pożegnanie ciasto, zrobiło mi się smutno. Kiedy popatrzyłam na znajomych, na te fajne, uśmiechnięte twarze - zrobiło mi się tak po ludzku smutno. Bo, kurczę, zżyłam się z nimi. Polubiłam ich. Już przecież umawialiśmy się na piwo (mimo, że nie piję bo karmię piersią), na zdjęcia, na spacer, na kawę. A tu taki klops.

Teraz, gdy już jestem w domu i kurz - jakby nie było - rozstania - opadł myślę sobie, że dobrze zrobiłam. Odżyje moja rodzina, odżyję ja. A praca... znajdzie innego jelenia, który będzie harował na zleceniu jak na etacie. Jestem tego pewna. Znajomi przecież nie wylatują na księżyc. 

Tymczasem ja... spokojnie popatrzę jak zielenieje trawa, jak kwitną bzy, jak świeci słońce. Pokażę synowi stokrotki u babci w ogrodzie, pójdziemy razem na tory, dotkniemy listków mieniącej się w słońcu brzozy. I już niedługo powąchamy pierwsze róże.

I co? Nie było warto?

Lejdi

poniedziałek, 2 marca 2015

Alergia

Niestety, ale i Dzidziusia to dopadło. Skaza białkowa - to jest pewne (po tatusiu odziedziczył).  Nadal karmię Dzidziusia piersią, więc musiałam się nauczyć żyć bez mleka krowiego i wszystkiego co od niego pochodzi. Przy skazie nie można jeść nie tylko mleka, jogurtów, kefirów, śmietany, ale większości rzeczy ze sklepu - trzeba czytać dokładnie składy, bo prawie we wszystkich słodkościach kryje się mleko. Zamiast nabiału jem inne produkty z dużą zawartością wapnia. Nawet sprawdzałam sobie poziom wapnia we krwi po 2 miesiącach od wprowadzenia tej diety i mam w normie. I wcale nie brakuje mi produktów mlecznych, ponieważ dzięki tej diecie odkryłam nowe, zdrowe produkty, ciekawe przepisy, np. naleśniki z kaszy gryczanej niepalonej, budyń jaglany na mleku kokosowym - przepyszny;).
Szczerze mówiąc ta dieta bezmleczna to jest to mały pikuś;p. Przynajmniej wiem czego unikać. Ale niedawno na skórze Dzidziusia zaczęły się pojawiać inne wysypki, liszaje, powrót ciemieniuchy. I teraz siedzę i się głowię, co jeszcze może uczulać go uczulać. Na celowniku jest marchewka, od której zaczęliśmy rozszerzać dietę - na drugi dzień pojawiła się wysypka. Odstawiliśmy i po jakimś czasie ponownie spróbujemy, aby sprawdzić czy na pewno to ona była winowajcą.
Od alergologa dostaliśmy zalecenie, aby wprowadzać Dzidziusiowi 1 nowy produkt na tydzień, a do tego nadal karmić piersią.  A po 1 r.ż. zrobić prowokację nabiałem, aby sprawdzić czy Dzidziuś już wyrósł z tej alergii.
Ja mam wielką nadziej, że moja dieta bezmleczna oraz karmienie piersią pomogą i jak najszybciej zapomnimy o skazie białkowej.

A czy Wy też mieliście doczynienia z alergiami u dziecka?

niedziela, 21 grudnia 2014

Jak być aktywną mamą, czyli jak zarządzać sobą w czasie mając małe dziecko



Piszę ten wpis siedząc… na ławce w parku, a obok stoi wózek z moim 3-miesięcznym synkiem, który uwielbia spać na świeżym powietrzu.
Jeszcze przed urodzeniem dziecka często słyszałam pytania typu: „Jak ty znajdujesz czas na to wszystko?”. Gdy urodziłam synka to zaczęłam prowadzić bloga. Wtedy pojawiły się pytania: „Kiedy znajdujesz czas na prowadzenie bloga mając małe dziecko?”
Mój Dzidziuś nie należy do aniołków, ale pomimo tego umiem znaleźć czas na robienie czegoś poza opieką nad niemowlakiem.  Po urodzeniu dziecka swoje metody zarządzania czasem musiałam lekko zmodyfikować, ponieważ mając małe dziecko nie wszystko (a nawet mało) mogę przewidzieć.  Moją największą pomocą w „wydłużaniu doby” są małe samoprzylepne karteczki. Na nich wypisuję zadania do zrobienia. Potem ustalam priorytety, które przesuwam na początek listy. A część zadań (te, które są dla mniej ważne i których nie muszę wykonać osobiście) deleguję zazwyczaj mężowi. Najczęściej jest to prasowanie, zmywanie, odkurzanie, czasami opieka nad dzieckiem.
Przed urodzeniem dziecka na moich „magicznych” karteczkach zapisywałam godziny, w których chcę wykonać konkretne zadania. Teraz nie mogę tak robić, ponieważ nie mogę przewidzieć ile Dzidziuś pośpi, czy nie będzie marudził, czy nie będzie go bolał brzuszek i czy nie będę musiała go nosić na rękach. Będąc mamą skupiam się tylko na kolejności wykonywanych zadań.
I na delegowaniu zadań chciałabym się na chwilę zatrzymać. Drogie mamy, a przede wszystkim kobiety: kobieta jak to kobieta, uważa, że lepiej wykona większość rzeczy (np. posprząta, wyprasuje, ugotuje), a tym samym nie daje wykazać się mężowi, co skutkuje tym, że bierze na siebie za dużo obowiązków i czuje się przemęczona. Ale zaufajmy mężczyznom i pozwólmy im na wykonywanie obowiązków domowych. A gdy już się ze mną zgodzicie, że mąż mógłby przejąć część obowiązków to kolejnym krokiem jest: powiedzeniu mu o tym. Nie liczcie na to, że mężczyzna domyśli się, ze potrzebna wam pomoc, bo… się nie domyśli. Niestety, taka natura męska. Należy wprost zapytać męża czy pozmywa, wyprasuje itp., a ze zdumieniem otrzymamy odpowiedź: „Tak, oczywiście kochanie”.;).
Gdy już mamy listę rzeczy, które musimy wykonać osobiście, np. napisać wpis na bloga, a będąc w domu nie możemy znaleźć na to czasu, ponieważ w domu jest ciągle cos do zrobienia, to notatnik spakujmy do wózka. I , tak jak ja, piszcie, czytajcie, gdy dziecko śpi w wózku w parku. Dodatkowo świeże powietrze pomoże wam w efektywniejszej pracy.
Chcecie wyjść z domu, ale nie zostawicie dziecka, bo karmicie piersią? Odciągnijcie mleko laktatorem lub… znajdźcie odpowiedni moment na wyjście. Mój synek je co 2,5-3,5 godziny i gdy muszę gdzieś wyjść to staram się nakarmić go zaraz przed wyjściem i wrócić po 2h, aby mieć pewność, że Dzidziuś nie umrze z głodu;).
A kiedy robię coś w domu? Mój Dzidziuś żyje trybem: karmienie, czas aktywności, drzemka, karmienie itd. Po karmieniu synek potrafi poleżeć sam ok. 10-20 minut i w tym czasie mogę posprzątać, nastawić obiad, a w międzyczasie zaglądać do niego. Później, gdy cały czas siedzę z synkiem to też staram się jednocześnie coś robić: np. obierać marchewkę i gadać z Dzidziusiem;) A gdy tylko zaśnie na drzemkę… to mogę spokojnie zabrać się do pracy, która wymaga ode mnie większego skupienia.
Zaś gdy dziecko marudzi, coś go boli i nie może usnąć to biorę go w becik, na ręce, usypiam, a potem siedzę z dzieckiem na ręku i zajmuje się czymś na komputerze. Albo wkładam dziecko do chusty i mam większe pole do manewru;)
W nocy dzieci dłużej i spokojniej śpią, niż w dzień, ale nie polecam wtedy pracować, ponieważ mamy też powinny mieć czas na wypoczynek i regenerację sił.
Tak więc:
 1)  weźcie karteczki do ręki
 2)  wypiszcie zadania do wykonania
 3) część oddelegujcie innym
 4) pozostałe ustawcie w kolejności od najpilniejszych do mniej pilnych
i… działajcie!

czwartek, 9 października 2014

Stare ubrania, które cieszą


Z powodu niezbyt dużej szafy, w połowie ciąży zrobiłam remanent w swoich ciuchach. To, w co się już nie mieściłam, zapakowałam w worek próżniowy. Kolejne miesiące i kolejne remanenty, które przyprawiały mnie o przygnębienie - kolejne sukienki, bluzki, spodnie musiałam odłożyć na dno szafy. I tak, moja garderoba pod koniec ciąży bardzo się różniła od tej sprzed jeszcze kilku miesięcy. Nawet swojego wiosennego płaszcza nie mogłam nałożyć, bo się nie dopinałam - musiałam pożyczyć od siostry. W mojej garderobie wszystko stawało się za małe - nawet majtki;). Jedynie skarpetki oraz buty pozostały na swoim miejscu. Inne kobiety w ciąży powiedziałyby, że i tak miałam szczęście móc nosić swoje wszystkie buty, ponieważ do ostatniego dnia wcale nie spuchłam.

Tydzień po porodzie otworzyłam swoją szafę i stwierdziłam, że znowu muszę zrobić remament, ale tym razem w drugą stronę. Wyciągnęłam worki z ubraniami sprzed ciąży i zaczęłam je przeglądać... Za układaniem ubrań nie przepadam, ale te porządki w garderobie było dla mnie wyjątkowe. Nie wiedziałam, ze tak może ucieszyć widok swoich starych ubrań i radość, że w końcu ponownie mogę się w nie wcisnąć:). Z półek zniknęły szerokie, długie bluzki ciążowe, a pojawiły się krótkie i obcisłe. A jakie ubranie najbardziej mnie ucieszyło? Dżinsy - moje ulubione, wygodne dżinsy, w których mogłam dopiąć się bez problemu, a nawet... które były teraz za szerokie. To był dla mnie szok. Zawsze się dziwiłam i podziwiałam zgrabne kobiety, które miały dzieci i powtarzałam: "nie widać, ze urodziły". Po mnie też już tydzień po porodzie nie było widać. Jak to zrobiłam? Nijak. Pierwsze dni po porodzie miałam jeszcze brzuszek. Nawet spotkałam się z pytaniem: "Kiedy Pani rodzi", a ja: "Wczoraj urodziłam":). Ale brzuszek powoli zaczął znikać i wychodząc po tygodniu ze szpitala usłyszałam, że wyglądam jakbym się więcej najadła i tyle. A kolejnego dnia już w domu, gdy stanęłam przed wielkim lustrem to się wystraszyłam swojego wyglądu - kości na wierzchu, nogi chudsze niż przed ciążą, jedynie biust większy, tylko, że podtrzymuje go jedynie skóra i kości:/. 

I chociaż początkowo widok moich bluzek mnie ucieszył to ta radość nie trwała zbyt długo. Tylko niektóre z tych bluzek mogę teraz nosić - większość (w szczególności koszule) nie pomieści mojej "mleczarni". A co ze spodniami? Mama musiała mi je wszystkie zwęzić, bo ze mnie spadają. Wynalazłam swoje spodnie z początku studiów, w które już od kilku lat się nie mieściłam - także musiały zostać zwężone w pasie. Nigdy bym nie pomyślała, że po ciąży będę szczuplejsza, niż przed nią. Ale to zapewne do czasu, gdy skończę karmić piersią. Jak na razie nie mam zamiaru zabierać mleczka Dzidziusiowi, więc figurą "chudej" jeszcze się nacieszę te kilkanaście miesięcy. 




wtorek, 7 października 2014

Opadłam z sił...

Po 1 w nocy, gdy nakarmiłam Dzidziusia, to poczułam ból brzucha - myślałam, że to z głodu, więc na szybko zjadłam kilka ciastek. Także poczułam pragnienie, ale nie mogłam znaleźć butelki z wodą, a byłam bardzo senna i odpuściłam sobie poszukiwania i położyłam się  z powrotem spać. Obudziłam się ok. 4 nad ranem z ogromnym bólem żołądka. Szybko wstałam i zaczęłam szukać Paracetamolu, ale nie mogłam go znaleźć w szufladzie w sypialni i ruszyłam do kuchni... i... po drodze opadłam z sił... Tak mnie brzuch bolał, że aż słabo mi się zrobiło. Udało mi się tylko oprzeć się o kanapę i zaczęłam wołać Męża, żeby się obudził i mi pomógł, bo nie dałam rady wstać. Mąż, na szczęście szybko przybiegł. Ja tylko rzuciłam słowa w stylu, że chce do łazienki, bo zaraz zwymiotuję. Mąż  wziął mnie pod pachy i zaczął prowadzić do łazienki, a ja zaczęłam słabnąć. Pamiętam to tylko jak przez mgłę: on mnie prawie niósł, a ja słaniałam się na nogach i przed oczami mi wirowało. Mąż potem opowiadał, że jak dociągnął mnie do łazienki to ja padłam na posadzkę i oczy mi się rozjeżdżały i jeszcze chwilę to bym zemdlała. W łazience zwymiotowałam i od razu mi ulżyło. Potem mąż położył mnie na kanapie, wziął mi nogi do góry i jakoś wróciłam do żywych. Nie pamiętam, żebym kiedyś czuła się aż tak źle - jeszcze nigdy nie zemdlałam. Chwilę tak poleżałam, ale Dzidziuś zaczął się wybudzać z głodu i z pomocą Męża musiałam wrócić do sypialni i nakarmić Dzidziusia. Mąż przy każdym karmieniu podawał mi Dzidziusia, a ja go tylko karmiłam na leżąco - nie byłam w stanie go utrzymać. Gdy leżałam to czułam się jeszcze w miarę, ale gdy tylko wstawałam to brakowało mi sił. Kolejny dzień przeżyłam z pomocą Męża i mojej mamy. Także Dzidziuś pomógł mi wrócić do formy, bo chyba czuł, że mama jest chora i marudzić nie można;).  To chyba była wirusowa grypa żołądkowa, bo potem zaczęło Męża kręcić. A Dzidziuś, jak to Dzidziuś, trzyma fason i zdrowy jak ryba:). Mówią, że karmienie piersią wzmacnia odporność dzieci - podpisuję się pod tym nogami i rękami (już drugi raz).
 Czy u Was też panuje grypa żołądkowa? Czy karmienie piersią zwiększyło u Waszych maleństw odporność?

piątek, 19 września 2014

Przeziębienie

Ostatnio panuje fala przeziębień. Zapewne od zmiennej pogody - raz jest ciepło, a na drugi dzień już zimno. Dorośli ludzie nie wiedzą jak się rano ubrać: na spacerach spotykam i tych w kurtkach, i tych w krótkim rękawku. 

I tak i naszą rodzinę dopadło przeziębienie. Najpierw Mąż przyniósł przeziębienie z pracy - tam wszyscy przeziębieni, więc i on. Ale 2-3 dni i po jego chorobie - pomógł przede wszystkim Gripex. Gdy tylko Mąż poczuł się lepiej to ja zaczęłam się gorzej czuć. Wybrałam się więc do apteki z pytaniem co mogę brać przy karmieniu piersią i otrzymałam odpowiedź: "Tylko Paracetamol" i odeszłam załamana. Jak to? Nic więcej? Poza tym po pobycie w szpitalu (po porodzie) odniosłam wrażenie, że Paracetamol to lek na wszystko - "Tylko trzeba wziąć 2 tabletki, bo 1 nie pomoże" - wspominam słowa położnej. Zawróciłam wózkiem do domu z nadzieją, że znajdę lepszą odpowiedź na blogu Hafiji  i się nie myliłam: http://www.hafija.pl/?s=chora. Warto było zainteresować się dobrymi blogami jeszcze w ciąży i dzięki temu teraz, będąc w nagłej potrzebie, od razu wiedziałam gdzie szukać pomocy przy karmieniu piersią i że nie należy do końca wierzyć farmaceutom czy lekarzom. Gdy Mąż wrócił z pracy to wysłałam go z wózkiem na spacer (abym ja mogła się zdrzemnąć) oraz z listą do apteki: maść majerankowa, wapno, syrop Prenalen (jest na nim wyraźnie napisane, że dla kobiet w ciąży i matek karmiących, więc nie rozumiem niewiedzy farmaceutki). Do tego poratowałam się czosnkiem - w ciąży bardzo często przyprawiałam nim potrawy, ale od porodu go nie używałam, bo nie polecają go przy karmieniu. Dzięki zdobytej wiedzy u Hafiji uświadomiłam sobie i Mężowi, że czosnek dla Dzidziusia nie jest zły - jedynie może zmienić smak mleka i dziecko może nie chcieć jeść. Mając nadzieję, że jednak mój Dzidziuś czosnek polubi jak ja to zażyłam tego "naturalnego antybiotyku" i się nie myliłam: później jadł moje mleko jak zwykle ze smakiem:). 

Wczoraj zaczęłam w końcu czuć się lepiej (3 dzień przeziębienia), ale za to Dzidziuś zrobił się blady - temp. 37,2. A oprócz tego nic mu nie dolega - na szczęście, bo nie wyobrażam go sobie z tak zawalonym nosem jak ja miałam. Ciągle mam nadzieję, że te moje mleko go chroni i nic się więcej u niego nie rozwinie. A Mąż na to: "A co można podawać dziecku na przeziębienie?"Nie wiem...

sobota, 23 sierpnia 2014

I mój synek wybrał, że się urodzi...



Tekst napisany w połowie lipca.

Jestem jeszcze w dwupaku;). Mam jeszcze  tydzień do terminu, ale, jak wiadomo, można urodzić już 2 tygodnie przed terminem, więc od kilku dni "siedzę jak na szpilkach". Są takie chwile, że myślę, że zaraz będę jechać na porodówkę. A za chwilę stwierdzam, że to na pewno dzisiaj nie nastąpi. I tak w kółko...

Już od kilku tygodni sąsiedzi moich rodziców pytają ich, czy już zostali dziadkami. Nie, jeszcze nie!
Kolega mojego męża ze 2 tygodnie temu zapytał go, czy ja jeszcze chodzę - ale się uśmiałam:D. Może nie chodzę tak szybko jak kiedyś, ale bez przesady - chodzę, sama, bez pomocy;). Nawet codziennie robię obiad, coś posprzątam i obowiązkowo spaceruję. W takich momentach przypomina mi się wypowiedź mojego przyszłego szwagra sprzed kilku miesięcy: "Ostatni miesiąc ciąży to już tylko wegetacja". Jestem na ostatniej prostej, ale jeszcze nie wegetuję:). Na dodatek (jeśli maluszek mi na to pozwoli) to pokażę przyszłemu szwagrowi "wegetację" w najbliższą sobotę, gdy ożeni się z moją siostrą. Oczywiście (jeśli wcześniej nie wyląduję na porodówce) wybieram się na wesele i jeszcze ze szwagrem zatańczę. Wesela uwielbiam, ale to będę musiała przeżyć spokojniej (bez szaleńczych tańców). Obawiam się tylko o dzidziusia, czy muzyka weselna przypadnie mu do gustu, czy nie będzie mnie zbytnio kopał. Poza tym uważam, że wesele na tym etapie ciąży nie jest złym pomysłem, ponieważ ja jestem tego najlepszym dowodem: ćwierć wieku temu moja mama tydzień przed terminem (identyczna sytuacja;)) wybrała się na wesele swojego brata. Następnego dnia chciała jeszcze iść na poprawiny, lecz stwierdziła, że lepiej wybrać się na porodówkę. Po 3 godzinach byłam już na świecie, zaś porody mojego rodzeństwa (starszego i młodszego) bardzo się dłużyły. Więc aktywność zaraz przed porodem jest jak najbardziej wskazana;).

Ale, jak wiadomo, wszystko zależy od mojego bobaska. Bo jeśli w ostatniej chwili zdecyduje, że on nie chce iść na wesele to nic na to nie poradzimy i zmienimy kierunek na porodówkę.

I... zmieniliśmy kierunek z wesela na porodówkę. Mój synek urodził się 19 lipca o 13:35, a o o 16:00 był ślub mojej siostry. Aby wdać się w mamusię, zabrakło mu doby - ja się urodziłam także o godz. 13;).

Brzuszek

Tekst napisany 10 lipca.

Budzę się i czuję to wspaniałe uczucie – ktoś wierci się w moim brzuszku.

Przygotowuję jedzenie, włączam blender, a mój mały lokator stwierdza, że te odgłosy mu się nie podobają i kopie mnie coraz mocniej. Aby nie stresować dzidziusia i z głodu nie umrzeć staram się jak najszybciej dokończyć blendowanie.

Przez dłuższy czas mój brzuszek jest w bezruchu i zaczynam się martwić. Kładę rękę na brzuszku i mówię do swojego maleństwa, a po chwili mój brzuszek zaczyna falować. Widać, że moje dziecko słucha swojej mamusi już w brzuszku;).

Siedzę sobie na kanapie, patrzę, a tu mój brzuch zrobił się asymetryczny: prawa strona wygląda jakby z niej uszło powietrze, a za to lewa to wielkie „wybrzuszenie”.
Brzuszki mam zawsze kojarzyły mi się z pępkiem na zewnątrz. Mój pępek w początkowej fazie ciąży się zapadał, robił się jeszcze większy dołek. Zaś później zaczął wychodzić na zewnątrz. Teraz czy jest na zewnątrz czy wewnątrz zależy od humoru mojego maleństwa – gdy leży na środku to pępek jest na zewnątrz, zaś gdy tylko dzidziuś przesunie się w lewą stronę to pępek się zapada.
Na USG okazało się, że dziecko ułożone jest główkowo, ma kręgosłup i pupę w mojej lewej części brzucha, a nóżkami przebiera na środku lub w prawej części brzucha.

Dzidziuś tak potrafi się wiercić, że nagle na chwilę po lewej stronie brzuchu pojawia się „gula”. Ale nigdy nie udało mi się zrobić zdjęcia, bo jak tylko wyciągnę aparat to dzidziuś się chowa – mały spryciarz;). Gdy ostatnio mój mąż zobaczył po raz pierwszy tą „gulę” to powiedział: "Kochanie, co ci się stało?" A ja: „Nic, to tylko nasze dziecko wypina się do nas pupcią:)”.

Kładę się spać, przyjmuję odpowiednią pozycję (co z dużym brzuszkiem nie jest łatwe), już zasypiam, a tu nagle czuję, że mały "czołg" jeździ w moim brzuchu:).

Ostatnio rozłożyliśmy łóżeczko i przewijak obok naszego łóżka. Odstęp nie jest zbyt duży, więc sprawdzam czy będzie mi wygodnie przewijać dziecko i stwierdzam, że miejsca jest na styk, bo ledwo mieszczę się ze swoim brzuszkiem. Dopiero po chwili dociera do mnie, że przecież ja już tego brzuszka mieć nie będę;).

Będę tęsknić za moim „brzuszkowym” wyglądem;).

Jednak nie tęsknię za moim "brzuszkowym" wyglądem, bo bez tych 9 kg nadwagi jest mi o wiele lżej i w końcu mogę spać na plecach, a nawet na brzuchu;). Ale tęsknię za tym, że mój synek był ze mną (a nawet we mnie;)) 24 h na dobę. Teraz, gdy wychodzę bez niego to się zastanawiam co robi, czy śpi, czy nie płacze itp. A w ciąży miałam go cały czas pod kontrolą i wychodziłam wszędzie z nim;).

piątek, 22 sierpnia 2014

Czkawka

Mój dzidziuś w brzuchu miewał czkawkę prawie codziennie i to nie raz dziennie, tylko nawet 5 razy dziennie. Wtedy było mi go bardzo szkoda, bo ja sama przez całą ciążę nie miałam czkawki ani razu. Gdy tylko dostał czkawki w brzuchu to ja głaskałam brzuch, aby go pocieszyć.

Po narodzinach mój pierworodny znowu dostaje czkawki. Wszyscy pocieszają, że to normalne w pierwszych miesiącach życia. Tylko teraz przeżywanie z nim czkawki jest jeszcze trudniejsze. Maluszkowi ta czkawka zbytnio nie przeszkadza - oczywiście, o ile nie trwa za długo i nie jest akurat śpiący. Ale za to mnie strasznie irytuje, bo po co taki dzidziuś ma się męczyć z czkawką?

Początkowo na każdą czkawkę lekiem było ponowne przystawienie do piersi. Tylko był mały problem: czkawki dostawał zazwyczaj zaraz po jedzeniu, więc namówienie go na ponowne jedzenie nie było łatwe. Później położna środowiskowa poleciła nam chuchanie na ciemiączko. Albo to nie działa na moje dziecko albo ja nie umiem chuchać:(, bo czkawka tym sposobem nie przeszła ani razu. W końcu pediatra powiedziała nam, że jeśli maluszkowi czkawka nie przeszkadza zbytnio to można ją przeczekiwać i przejdzie sama - i przechodzi, ale czasami trwa to długo.

Czkawka u synka pojawiała się prawie po każdym karmieniu, więc zaczęłam się interesować tym, co tą czkawkę wywołuje. Dowiedziałam się, że czkawka jest zazwyczaj, gdy się dziecku dużo uleje (trudno temu zapobiec), gdy nagle dziecko zawieje (przy przebieraniu pampersa po jedzeniu - u nas to miało najczęściej miejsce) oraz po samym nałykaniu się powietrza podczas jedzenia (aby zapobiec czkawce należy dziecko odbekać po każdym jedzeniu). I tak zaczęliśmy odbekać dzidziusia (chociaż w szkole rodzenia mówili, że teraz nie trzeba odbekać to jednak naszemu maluchowi to służy) oraz zaczęliśmy przykrywać go pieluchową tetrowa lub flanelką  przy przebieraniu. I od tej pory czkawka pojawia się coraz rzadziej;).

Czy Wasze dzieci też tak często miały czkawkę? Jakie sposoby na czkawkę u Was się sprawdziły?

czwartek, 21 sierpnia 2014

Spotkanie z położną


W poniedziałek (4 tygodnie po porodzie) wybraliśmy się we trójkę na spacer do szpitala, aby podziękować naszej położnej. Naszej, czyli położnej, która prowadziła nasz długi i ciężki poród. Gdyby nie jej doping i słowa "Niunia, jeszcze, jeszcze trochę..." to bym nie urodziła.

Synek grzecznie spał w wózeczku z buzią na boczku, a położna chciała chociaż trochę zobaczyć jego twarzyczkę. Dzidziusia delikatnie rozbudziliśmy i ...
- Pokaż buzię.
- Oj, jaki uparty... po mamusi;).
- A jakie masz długie rzęsy.
- Przychodźcie po kolejne dzieci.
Tę ostatnią wypowiedź wzięłam sobie do serca;)

Cud narodzin



Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy wspierali naszą trójkę słowem, pomocą, myślami i modlitwą w tych trudnych pierwszych dniach życia naszego synka. Szczególne podziękowania dla mojego kochanego męża i położnej Eli - bez Was bym nie urodziła!

Trzymanie na rękach: Czy to jest rozpieszczanie?
Nie mogłam się tego doczekać. Po raz pierwszy mogłam wziąć swoje dziecko na ręce dopiero 3 dnia.

Tlen: Nie doceniamy tlenu, którym oddychamy?
Doceniłam tlen, gdy zabrakło go mojemu dziecku w pierwszych minutach jego życia.

5 ml: To mało?
Gdy w pierwszych dniach po porodzie starałam się ściągnąć pokarm dla synka to 5 ml mojego mleka było wielkim sukcesem.

Płacz: To oznaka słabości?
Gdy usłyszałam płacz mojego dziecka po kilku minutach od jego narodzin to uznałam ten płacz za jego wielką siłę.

Cud: Cuda się nie zdarzają?
Cudem jest to, że Dzidziuś w pierwszej minucie życia dostał tylko 2 punkty Apgar, w trzeciej 7, a w dziesiątej aż 9.

Kiedy stajemy się rodzicami

Tekst napisany na początku 9. miesiąca ciąży.


Gdyby ktoś zadał mi to pytanie jeszcze jakieś 8 miesięcy temu to bym odpowiedziała bez zastanowienia, że stajemy się rodzicami w chwili narodzin pierwszego dziecka. Teraz, będąc w 8 miesiącu ciąży, mam inne zdanie. W ogóle zauważyłam, że ciąża zmienia wiele poglądów, przewartościowuje pewne sprawy, zwłaszcza dotyczące rodziny. 

W pewne listopadowe popołudnie zrobiłam test ciążowy – pokazał 2 kreski. Z radości i lekkiego niedowierzania zawołałam męża do łazienki, aby sam zobaczył – tak: 2 dobrze widoczne kreski. Było popołudnie, a słyszałam, że najlepiej robić test rano, zaraz po wstaniu. Ale ja do rana czekać nie chciałam – 2 kreski: jestem w ciąży!!! Chociaż miałam drugi test w szufladzie to go nie użyłam ani tego samego dnia, ani kolejnego. Po kilku chwilach dotarło do mnie, że noszę w sobie dziecko i od tej pory nie miałam do tego już żadnych wątpliwości, więc po co drugi test. Zaczęłam się tylko zastanawiać nad terminem pójścia do ginekologa. Powiem szczerze, że nie spieszyło mi się zbytnio. Wiedziałam, że muszę brać kwas foliowy (już kilka miesięcy wcześniej zaczęłam go brać) i dbać o siebie. Dodatkowo czytałam, że nie ma co za wcześnie iść do lekarza, bo po 1) może być za wcześnie, aby potwierdzić ciążę poprzez badanie ginekologiczne czy USG, a po 2) serduszko maluszka zaczyna bić ok. 6 tc., więc najlepiej pójść po tym czasie. Wiele kobiet idzie w 4 czy w 5 tc. i słyszą od lekarza: „Jest ciąża, ale musi pani przyjść za 2 tygodnie, abyśmy sprawdzili czy bije serduszko. bo jeszcze nic nie ma”. I wtedy te 2 tygodnie czekania są dla kobiety męczarnią, gdy ciągle myśli o tym, czy na kolejnej wizycie serduszko będzie już biło. Aby nie przeżywać takich katuszy ja zdecydowałam się na wizytę położniczą (dopiero wtedy dowiedziałam się, że wizyta „w ciąży” nazywa się położnicza, a „nie w ciąży” ginekologiczna – człowiek uczy się przez całe życie;)) dopiero w 8 tc.

I nadszedł 13 grudnia, piątek późnym wieczorem. Pani ginekolog już przy badaniu potwierdziła ciążę. Następnie zaprosiła mnie do drugiego gabinetu na USG, a po drodze zgarnęła mojego męża z korytarza słowami: „Chce Pan być przy USG?” Mój mąż tylko kiwnął głową i zdezorientowany pokroczył za panią doktor. Ja chyba byłam bardziej zdziwiona, niż mąż, że pani ginekolog sama zaprosiła męża – że w ogóle w korytarzu go wyhaczyła. Przed wizytą odwiedziłam mnóstwo portali parentingowych, gdzie mamusie wypowiadały się, że ginekolog zgadzał się na tatusiów dopiero od USG przez brzuch, a przy tym pierwszym niekoniecznie.
A u nas było inaczej: pani ginekolog nie tyle co się zgodziła, co sama wyszła z inicjatywą. Na dodatek nie znała nas i nawet nie miała pewności czy to ojciec dziecka, a nie np. brat;). Ale może rozpoznaje tatusiów na kilometr;).

Podczas USG ekran początkowo był skierowany w stronę mojego męża. Pani doktor tłumaczyła mu: „Niech tatuś się przyjrzy, tutaj jest główka dzidziusia, a tutaj pupcia. A teraz pokażemy mamusi…” i ekran przekręcił się w moją stronę i po raz pierwszy zobaczyłam moje dziecko. Wtedy miało ok. 2 cm i tylko główkę i pupcię, ale zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia;). A gdy usłyszeliśmy bicie jego serduszka to łzy napłynęły nam do oczu. W drodze powrotnej do domu ciągle oglądaliśmy zdjęcia z USG i powtarzaliśmy w kółko: „to główka, a to pupcia”, „niech mamusia spojrzy”, „niech tatuś spojrzy jaki śliczny dzidziuś”;).

Pojawienie się dzidziusia w brzuszku zmienia zdanie na pewne tematy. Pomimo, że mój maluszek jeszcze się nie urodził to ja nie mam żadnych wątpliwości, ze matką jestem już teraz.